Nasze życie we wsi Dusznica na pograniczu polsko-litewskim Our life in the village of Dusznica on the Polish-Lithuanian borderland
web stats stat24
Blog > Komentarze do wpisu

Pani Marianna Klimasara i jej opowieść/Mrs Marianna Klimasara and Her Story

Panią Mariannę Klimasarową odwiedziliśmy w jej domu w Sejnach z Pedro Czackisem i jego siostrą Boni. Mimo swoich 88 lat, pani Marianna ma niebywałą pamięć do nazwisk i żelazne zdrowie. Jakiś czas wcześniej, będąc z wizytą u syna w Dusznicy, spadła ze schodów, ale poleżała tylko tydzień w łóżku, po czym wstała jak gdyby nigdy nic i pojechała do domu.


Pedro, pani Marianna, Boni.


Oto jej opowieść:

Nazywam się Marianna Klimasara z domu Pietruszkiewicz. Urodziłam się w roku 1919 we wsi Dusznica w rodzinie litewskiej.


Rodzinny dom pani Marianny.

Redakowie mieszkali w majątku Dusznica, od kiedy pamiętam. Żadni Duszniccy nigdy w majątku nie mieszkali. Dusznicki zaczął uprawiać część ziemi, ale to dopiero później[1].

Gospodarz, pan Redak, był to wysoki, mocno zbudowany mężczyzna o rudych włosach i wąsach, bez brody. On i jego żona mieli troje dzieci; byli to: Enak (Enoch), garbusek, który w moich czasach miał około dwudziestu lat, Mulko (Szmulik), lat około dwudziestu pięciu, oraz trzeci syn, który mieszkał w Białymstoku i czasem tylko przyjeżdżał w gości[2].

Mulko miał charakterystyczną cechę: brakowało mu jednego palca, który obciął sobie, żeby uniknąć pójścia do wojska.

Redakowie rozmawiali między sobą w jidysz, znali też polski i litewski.


Od lewej: Enoch Redak, Abel Redak, Chaja Redak, Samuel Redak. Dusznica, rok 1928.

Rodzina Redaków, Dusznica, rok 1928. W środku: Wolf (Zev) Redak. Z prawej: Chaim Redak. Pierwsza z prawej matka Pedro Czackisa, Leja, córka Mejera Piwowarskiego, fotografa i aktora teatralnego z Suwałk i Chany z Redaków.

W majątku nie było żadnych małych dzieci, poza dziećmi robotników folwarcznych. W kamiennym budynku koło rzeczki mieszkało sześć rodzin robotników. Było tam zimno, ciemno i wilgotno, a do ogrzewania mieli tylko dwa prymitywne piece, jeden z każdego końca budynku.


Wykaz robotników majątku Dusznica. W środkowej kolumnie liczba członków rodziny. Powierzchnia budynku: ok. 150 m2.


Pracowałam w folwarku – wykonując prace sezonowe głównie latem i jesienią – od wczesnej młodości. Lubiłyśmy[3] pracować w majątku, ponieważ mieszkaliśmy niedaleko i dlatego że Redakowie zawsze płacili robotnikom na czas, co w owych czasach wcale nie było takie oczywiste. Z czasem zżyłyśmy się mocno z gospodarzami i z pozostałymi robotnikami.

Za kopanie kartofli od rana do wieczora dostawałam osiemdziesiąt groszy albo złotówkę, albo kopę ogórków. Redakowie mieli wielkie ogrodzone pole ogórków między domem i stodołą i często płacili ludziom w ogórkach. Miejscowi nie hodowali ogórków, bo nie umieli[4]. Brali ogórki głównie na kiszenie na zimę. Za złotówkę można było kupić kilo cukru, więc można sobie wyobrazić, jak ciężko nam było. To była bieda.


Rodzina Redaków, wczesne lata 20-te.

W majątku było sześć par koni – każdy z robotników miał przydzieloną jedną pod opiekę – i kilkadziesiąt krów. Każdego ranka gospodarz odstawiał mleko do mleczarni w Sejnach. Resztę odwirowywali w centryfudze i gospodyni robiła masło i ser, który sprzedawała ludziom z okolicy w tzw. „sernikach”, zawiązywanych, podwójnych woreczkach płóciennych.

Pamiętam, jak umarł mój dziadek i matka przysłała mnie do dworu, żebym kupiła cztery czy sześć tych serków na „różaniec” czyli czuwanie.

Mieli kierat na cztery konie, który napędzał młockarnię i po żniwach tygodniami młócili zboże, którego potem była cała ogromna stodoła.



Enak, garbus, kręcił się po folwarku i pilnował robotników. Był fizycznie niepełnosprawny i tylko w ten sposób mógł się przydać.

Redakowie mieli rządcę, niejakiego Plitnika[5], który miał pod sobą wszystkich robotników. Każdego ranka odbierał polecenia od pana Redaka, a następnie szedł do robotników, budził ich i mówił, co danego dnia będą robić.

Po zakończeniu jesiennych prac, robotnicy brali się za gromadzenie drewna i kopanie torfu na opał na zimę – dla dworu i dla siebie. O tej porze roku często płacono im zbożem.

Mieszkańcy dworu zwykle obchodzili szabat sami w domu, czasem jednak gdzieś wyjeżdżali, albo ktoś przyjeżdżał do nich na szabat. Jeżeli spędzali szabat poza domem, to zwykle wyprawiali się bryczką w piątek po południu i wracali w niedzielę rano. Wydaje mi się, że jechali do Sejn. Moja matka często zapalała im świece po tym, jak wydoiła krowy w piątek wieczorem. Mój mąż, Adam Klimasara, pasł gęsi u Redaków i zawsze w piątek przynosił „szabasówkę” [macę], pyszną białą bułkę cienką, którą dostawał od gospodyni.


Obiekt znaleziony w roku 2006 w starej piwnicy na terenie majątku.

Pan Redak i jego żona to byli bardzo dobrzy ludzie, zawsze elegancko ubrani, uprzejmi, porządni i czyści gospodarze. Ludzie lubili dla nich pracować i chętnie kupowali nabiał od pani Redakowej.

W Dusznicy żyły jeszcze dwie rodziny żydowskie – Rubinowicze i Chmielewscy. Hona [właśc. Honel] „Konka” Rubinowicz[6] był to bogaty gospodarz, który mieszkał w wielkim drewnianym domu na wzgórzu około kilometra na zachód od majątku. Chociaż był to dobry i porządny człowiek[7], chodził zawsze w brudnym roboczym ubraniu, a jego obejście było nieporządne, wszędzie latały chmary much. Jego żona, Rocha, była to stara jędza bez jednego oka, której nikt nie lubił. Ona również nie lubiła ludzi i często pluła z obrzydzeniem na ich widok. Rubinowiczowie mieli dwoje dzieci: Fejgę (rocznik 1922) i Tolusa (rocznik 1925). Z Konką mieszkała jego siostra, Ryfka, i jej mąż, Szmulkie, który był kimś w rodzaju rabina [zapewne chodzi o to, że był ortodoksyjnym Żydem]. Szmulkie zajmował się handlem – skupował od ludzi kury, jajka, sierść, pakuły, zboże, ryby i tak dalej i wiózł do Sejn, gdzie komuś to sprzedawał. Często przywoził stamtąd śledzie, które kupowaliśmy po 10 groszy za sztukę. Szmulkie i jego żona nie mieli dzieci.

Drugą żydowską rodziną w Dusznicy była rodzina kowala Chmielewskiego, który miał trzech synów o imionach Zyska, Rufke i Berko, oraz córkę Fajgę. Z Berkiem, który był z tego samego rocznika co ja, chodziłam do szkoły – na początku szkoła mieściła się w starym domu Dabulisów – i przyjaźniłam się z nim. Grałam z nim nawet w przedstawieniu bożonarodzeniowym w szkole – nie miało dla nikogo znaczenia, że Berko jest Żydem – i pamiętam, że grał rolę Króla.

W którymś momencie pan Redak wydzierżawił część ziemi Dusznickiemu, piekarzowi z Sejn[8]. Była to ziemia za rzeczką, aż do lasu stanowiącego granicę między majątkami Dusznica i Krasnogruda. Dusznicki siał tam łubin i często najmowałyśmy się do zbiorów. Potem gdzieś go wywoził, nie wiem dokąd. Dusznicki, niewysoki, tęgi, gładko ogolony mężczyzna, to był bardzo elegancki pan. Miał piekarnię na rogu Łoździejskiej w Sejnach, gdzie sprzedawano pyszne bułeczki. Naprzeciwko niej stał dom też Dusznickiego [brata Mordechaja].

W którymś momencie pan Redak i Konka Rubinowicz zawarli jakąś umowę, w wyniku której ziemię, która obecnie należy do Pietruszkiewicza, zaczął uprawiać właśnie Konka[9].

Jezioro Hołny dzierżawił Żyd z Sejn, Zelig, starszy już człowiek. Pamiętam, jak jego syn przywoził narybek w drewnianych skrzyniach – karpie, węgorze. Węgorzy wcześniej w Hołnach nie było, dopiero oni zapuścili. Okoliczni ludzie pracowali tam jako rybacy, a mój wuj, Kądzielewski Jan, był za przewodnika. Pod jesień, na północnym krańcu jeziora, łowili masy szczupaków. Odławiano też raki. Zimą łowili niewodami zimowymi. Pracowało tam dwóch przystojnych robotników spod Grodna, Michał (Litwin) i Mieciek (Polak).

Pod jesień, kiedy kopaliśmy kartofle, był to czas święta kuczek (Sukkot), a ponieważ w czasie tego święta, żeby się modlić, potrzeba co najmniej dziesięciu mężczyzn, Redakowie zwykle jechali do Sejn modlić się u Dusznickiego, u którego była bożnica.

Kiedy przyszli Niemcy, wypędzili Żydów z Suwałk, Sejn i całej okolicy nad granicę litewską. Litwini nie chcieli ich jednak wpuścić. Trwało kilka tygodni - a był październik - zanim Żydzi przemycili się na drugą stronę (Litwa pozostała faktycznie niepodległa do połowy 1940 roku) przy pomocy młodzieży żydowskiej z okolicznych wiosek po litewskiej stronie. Żydzi z Łoździej założyli w tym celu specjalny komitet. Po drodze z Dusznicy do Łoździej stała stodoła niejakiego Dworskiego i to był właśnie punkt przerzutowy. Za każdego przeszmuglowanego Żyda komitet płacił 100 litów, co było sporą sumą.


Między Dusznicą i Łoździejami.


Wszyscy Żydzi z Dusznicy przeszmuglowali się w ten sposób na Litwę, do Łoździej. Wuj mojego dziadka osobiście przeniósł garbatego Enaka w worku na plecach[10].

W czasie tych kilku miesięcy, kiedy Litwa pozostała niezależna (przed zajęciem jej przez Rosjan w lecie 1940, a następnie inwazją niemiecką w czerwcu 1941), chodziliśmy często w gości do Łoździej do naszych znajomych z Dusznicy – młodych Rubinowiczów i Chmielewskich, którzy mieszkali u krewnych. Najważniejsze jest to, że Redaków tam nigdzie nie było i było dla nas jasne, że pojechali gdzieś dalej, w głąb Rosji albo gdzie indziej. Byli silni, zdrowi, no i mieli pieniądze. Jestem przekonana, że nie było ich w Łoździejach, kiedy zaczął się Holocaust.


Łoździeje, ulica Sejneńska.


Wszyscy Żydzi z Łoździej i okolicy, w tym także ci przemyceni z Polski, zostali zamordowani w wiosce Katkiszki na przedmieściach Łoździej. Zebrano ich na dużym placu otoczonym drutem kolczastym i kazano wykopać długie głębokie doły, które wypełniono wapnem. Potem wszystkich zastrzelili. Tak się złożyło, że byłam tam tego dnia i wszystko widziałam, ale było to zbyt straszne i uciekłam stamtąd. Jedną z ofiar była Fajga Chmielewska, która ożeniła się w Łoździejach i właśnie urodziła dziecko. Niemcy specjalnie przywieźli niemowlę ze szpitala, żeby zamordować je razem z matką. Jeszcze przez wiele godzin wapno w dołach poruszało się, a przez wiele dni ziemia wokoło była nasiąknięta krwią.




W czasie wojny majątek Dusznica objął młody rolnik z Poluńc, Niemiec imieniem Oskar. Był to porządny człowiek i nawet się z nim zaprzyjaźniliśmy. Pod koniec wojny został wcielony do armii i wysłany na front wschodni. Przeżył jednak i po wojnie dowiedzieliśmy się od znajomego, że Oskar jest w Niemczech i pyta, czy żyjemy.

W roku 1946 majątek Dusznica został rozparcelowany pomiędzy dawnych robotników folwarcznych i sąsiednich gospodarzy. Tylko Plitnik, rządca, nie dostał działki – miał pieniądze i kupił sobie gospodarstwo w Bubelach.

Dwór i pozostałe budynki przetrwały wojnę. Dom spłonął w połowie lat pięćdziesiątych, a budynki gospodarcze zostały rozebrane w latach sześćdziesiątych z przeznaczeniem na materiał budowlany.


Rodzina Redaków, lata 30-te. Abel Redak z prawej.

środa, 05 września 2007, marslaur

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: anka, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2007/09/05 14:22:16
taka "zwykla" historia jednego miejsca, paru ludzi, kilku lat i HISTORIA w czystej postaci.
piekna opowiesc, dziekuje.
-
Gość: Artur z Podlasie, *.bb.online.no
2008/10/09 16:06:51
Może byłem nieuważny, ale co jest zamazne na tym ostatnim zdjęciu. Co trzyma ta Kobieta i dlaczego komuś zależało na ukryciu tego ?
-
2014/03/19 10:03:17
Szukam firmy sprzątającej może polecicie coś. Chodzi mi głównie o wrocław - może jaknowa.pl/