Nasze życie we wsi Dusznica na pograniczu polsko-litewskim Our life in the village of Dusznica on the Polish-Lithuanian borderland
web stats stat24
RSS
piątek, 25 stycznia 2008
poniedziałek, 21 stycznia 2008
Kurnik, wieś Ogrodniki (przysiółek Weresowszczyzna):
19:32, marslaur
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 stycznia 2008
Wieś Ogrodniki, przysiółek Weresowszczyzna (dawniej Wereszczeńszczyzna).



18:43, marslaur
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 stycznia 2008




Na zdjęciu: Staroobrzędowiec Tryfan Persjanow z Hołn Wolmera, 5 km na pd-wsch. od Dusznicy. (Autor: Andrzej Sidor/Forum)
In the photo: Old Believer Tryfan Persjanow from Hołny Wolmera, 5 km south-east of Dusznica. (Photo by Andrzej Sidor/Forum)

Fotografia pochodzi z albumu Polska ginąca (Carta Blanca, Warszawa, 2007), który szczerze polecam - jest porządnie wydany i stoi na wysokim poziomie - atrakcyjny materiał ilustracyjny i staranne edytorsko teksty (Carta Blanca to marka Państwowego Wydawnictwa Naukowego).

The picture is from the album Polska ginąca (Vanishing Poland), published by Carta Blanca (Warszawa 2007), which I sincerely recommend - it's sturdy and of good quality, with attractive visual material and authoritative captions (Carta Blanca is a brand of PWN, Poland's leading science publisher).
12:17, marslaur
Link Komentarze (10) »
środa, 16 stycznia 2008
Można już głosować - tutaj - w konkursie Blog Roku. Każdy głos się liczy!

You can already vote - here - in the Blog of the Year competition. Every vote counts!


08:02, marslaur
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 14 stycznia 2008
Myszołów (?) przylatuje coraz śmielej do naszego kompostu, który znajduje się jakieś 30 m od domu.

The buzzard (?) keeps visiting us, coming closer and closer to our compost heap, which is located some 30 m from the house.





A skoro o dzikich zwierzętach mowa... Wczoraj około południa nad nasz mostek zajeżdżają cztery terenówki i ze środka wysypuje się dziesięciu facetów z flintami. Mówią, że będą polować na lisa. Mówię im, że na mój teren wstępu nie mają - co z powodu układu terenu psuje im całkowicie akcję - a oni na to, że ustawa pozwala im wejść wszędzie, gdzie chcą, jeżeli nie ma ogrodzenia.

Speaking of wild animals... Yesterday around noon, four 4WD vehicles pull out by our bridge and a dozen guys with shotguns emerge from them. They say they're out for a fox. I tell them I'm forbidding them to enter my ground - which, because of the geography of the place, ruins their plan - and they reply that the law allows them to go wherever they want, provided the plot is not fenced.

Słychać parę strzałów wypłaszających i pokrzykiwania nagonki, po dwudziestu minutach zbierają się i odjeżdżają z niczym.

We hear a couple of flushing-out shots and the noise of the battue, and after twenty minutes they get into the cars and drive away with nothing.

Kiedy dwie godziny później wracamy z tradycyjnego niedzielnego obiadku w Gospodzie, ukazuje nam się dorodne lisisko, zupełnie, jakby chciało powiedzieć nam: - Patrzcie, dałem radę!

When, two hours later, we are driving back from our traditional Sunday dinner at the Gospoda, a fine-looking fox appears by the road, as if it wanted to say, 'See? I've made it!'

Kilka pytań:

- dlaczego tzw. myśliwi są ponad prawem w kwestii wchodzenia na cudzy teren?
- kto daje im prawo - i dlaczego - zabicia zapewne jedynego lisa w okolicy, który nikomu nic złego nie robi?
- jak to jest, że praktyczny monopol na sprawy dzikich zwierząt w Polsce ma organizacja ich zabijaczy? A może by tak odstrzał - jeżeli naprawdę jest konieczny, w co NIE WIERZĘ - prowadziło Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody?
- dlaczego panowie myśliwi mają prawo do mięsa odstrzelonych zwierząt? Czy strażacy powinni wynosić mienie ze spalonego domu? Gdyby odstrzelone osobniki były np. poddawane komisyjnej kremacji, miałbym mniej podejrzeń, czy czynnik tzw. "mięsiarstwa" nie odgrywa w całej sprawie istotnej roli;
- jak to jest, że mieniem publicznym (dziką zwierzyną) zarządza praktycznie prywatna organizacja, której polityka nie jest poddana publicznej kontroli?

I jeszcze jedno - nazwałbym ich myśliwymi, gdyby polowali z łukiem i strzłą, dzidą, no, niech będzie, że kuszą. Ale teraz to nie jest żadne myśliwstwo tylko nagonki zakończone egzekucją.

Ciekaw jestem, jak się ma populacja członków Związku Łowieckiego w Polsce do populacji zwierzyny. Kiedy "myśliwych" będzie więcej od ich ofiar? A może Polacy woleliby jednak bioróżnorodność? Może rzekome szkody powodowane przez dzikie zwierzęta nie są wcale na tyle wielkie, byśmy nie mogliby sobie pozwolić na ich rekompensowanie przez budżet w zamian za zakaz polowań? Może czas już zakończyć erę wąsatych macho z grzmiącymi dwururkami uganiających się za Bogu ducha winnych zającem?

Ostatnia myśl - oni przyszli po zająca. Ale gdyby ten facet powiedział mi, że przyszli po jelenia albo łosia? Chyba bym oszalał.


11:49, marslaur
Link Komentarze (4) »
sobota, 12 stycznia 2008
Szare mydło. Czyż nie jest urocze?
Grey soap. Isn't it charming?






08:57, marslaur
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 stycznia 2008
Wybaczcie autopromocję, ale zgłosiłem bloga do konkursu Blog Roku w kategorii Ja i moje życie - wszelkie informacje na stronie www.blogroku.pl, głosować można tutaj. Za każdy głos - dzięki!



Forgive the self-promotion but I've submitted the blog to the Blog of the Year competition in the Ja i moje życie (Me and my life) category - all details at www.blogroku.pl, you can vote here. Thanks for every vote!


14:41, marslaur
Link Komentarze (8) »
środa, 09 stycznia 2008
Bałwan - słowo wspólne wszystkim językom słowiańskim, określające posąg bóstwa obdarzony czcią, czyli idola. Z sanskrytu: bala (moc, siła) i -van (posiadać). Fakt, że wszystkie języki słowiańskie posiadają wspólne słowo określające posągi kultowe może wskazywać na wczesne rozpowszechnienie idolatrii wśród Słowian, być może w efekcie wpływów tureckich lub irańskich.
(pl.wikipedia.org/bałwan)

The Polish word for snowman - 'bałwan' - is the same one that denotes a 'pagan idol' or 'graven image'. Interestingly, all Slavic languages use this word (from Sanskrit bala = power, strength, and -van = possess) to denote the pagan idol, which suggests that idolatry was widespread among the early Slavs, possibly as the result of Turkish or Iranian influences.



16:25, marslaur
Link Komentarze (1) »
piątek, 04 stycznia 2008


Już nam ciągną, zawodząc, zimowe zawieje,
Mroźne wiatry z północy nasze serca trwożą.
Ej, na jeziorach szklane porobiły się okna
I błyszczą jakby szklarza poprawiane ręką;
Ryb mieszkanie, gdzie żaby chórem czciły lato,
Pancerzem lodu pokrył mroźny oddech zimy,
Na sen wszystko, co żyje, posyła głęboki.
Pola i łąki wszędzie mróz karcąc ofuknął,
Tak że grząskie bajora marszczyć się poczęły
I błota już przestają nękać podróżnika.
Droga, po której tańcząc próbują iść koła,
Mrozem napięta dudni niczym skóra bębna,
Głos ten w uszach głębokim odzywa się echem.
Teraz to już na serio świat wita się z zimą.

Ant žiemos narsai jau vėl rūstaudami grįžta,
Ir šiaurys pasišiaušęs vėl mus atlekia gandint.
Vei kaip ant ežerų visur langai pasidaro,
Lygiai kaip antai stikliorius įdeda stiklą.
Taipgi namai žuvių, kur varlės vasarą šventė,
Dėl barnių žiemos nei su šarvais užsidengia
Ir tamsoj miegot kiekvieną gyvuolį siunčia.
Ant laukus žiemys jau taip nugandino bardams,
Kad ir balos, ir klampynės pradeda rauktis,
Ir purvynai jų teškėt ir šliurpt pasiliauja.
Kelias, kad jį mėgina trenkt šokinėdami ratai,
Nei koks būbnas įtemptas dėl pašalo trinka,
Taip kad garsas jo toli galvoj atsiliepia.
Taipgi dabar jau vėl sviets sveikint pradeda žiemą.


(Kristijonas Donelaitis/Krystyn Donelajtis, Metai/Pory roku)



Kristijonas Donelaitis (Christian Donalitius, Krystyn Donelajtis), ur. 1 stycznia 1714 we wsi Lazdyneliai pod Gąbinem, zm. 18 lutego 1780 w Tolminkiemis (Tołminkiejmach), autor Metai (Pór roku) pierwszego utworu poetyckiego stworzonego w języku litewskim.


Rekonstrukcja na podstawie kształtu czaszki wydobytej spod ruin kościoła parafialnego w Tolminkiemis.

W dwujęzycznym wydaniu Metai/Pór roku olsztyńskiego wydawnictwa Pojezierze z roku 1982 między innymi kapitalny wstęp Andrzeja Wakara na temat Prus Książęcych jako kolebki literatury polskiej (!) i litewskiej i tego, jak ziemie zasiedlone przez mówiących po litewsku (w tzw. Małej Litwie czyli Litwie Pruskiej) i polsku (na Mazurach) chłopów i drobnych szlachciców stały się z czasem niemal czysto niemieckojęzycznymi Prusami.


07:39, marslaur
Link Komentarze (3) »
czwartek, 03 stycznia 2008

Viestartai/Wisztorty

Czytam Wizję Polski na łamach "Kultury" 1947-1976 (red. Grażyna Pomian, Lublin 1999) i co krok zdumiewa mnie aktualność zawartych w niej sądów, pochodzących, było nie było, sprzed pięćdziesięciu albo więcej lat. Momentami ma się wrażenie, jakby autor odpowiadał wprost na pytania dręczące nas dzisiaj, chociaż przecież nie był w stanie przewidzieć w najmniejszym stopniu w roku 1950 czy 1960 tego, jak potoczą się losy Europy i świata - wszyscy wiemy, że wszelkie długoterminowe przepowiednie polityczne okresu zimnej wojny okazały się funta kłaków warte. A jednak.

Jednym z powodów tej aktualności jest fakt, że rewolucja komunistyczna w Polsce była kolejnym przełomem zamrażającym - a nie popychającym naprzód - dyskurs publiczny w Polsce i ewolucję kolektywnej świadomości. Poprzednimi takimi "rewolucjami blokującymi" były rozbiory, a następnie I wojna światowa i odzyskanie niepodległości. W efekcie fundamentalne dyskursy takie jak lewica-prawica, rozdział Kościoła od państwa czy nowoczesne rozumienie patriotyzmu zostały zamrożone i spetryfikowane, zablokowane w nienaturalnej pozycji wymuszonej przez aktualną sytuację (geo)polityczną, przytłoczone przez nadrzędne narracje takie jak "odzyskać niepodległość" czy
"pokonać komunizm". Ostatnią taką cezurą był, oczywiście, przełom roku 1989, po którym znowu wszystko zaczęło się od nowa - po to, rzecz jasna, by wszystko mogło pozostać po staremu!

Pisząc w w roku 1956 o "kompleksie niemieckim" Józef Mackiewicz zauważa, że Polacy - chociaż generalnie są oczywiście przeciwni (jako werbalni przynajmniej antykomuniści i ludzie doświadczeni przez II wojnę światową) stosowaniu odpowiedzialności zbiorowej, masowym deportacjom ludności, czystkom etnicznym, mordom i gwałtom - zawieszają ten pogląd, kiedy idzie o Niemców. Niemcy nie mają prawa do opłakiwania swoich zmarłych, do lamentowania nad losem, jaki spotkał ich rodaków w Prusach Wschodnich, kiedy nadeszła Armia Czerwona, do rozpaczy - krótko mówiąc, popełnione przez nich zbrodnie oznaczają, że Niemcy en bloc nie mają najmniejszego prawa do naszego współczucia.

Jest rzeczą charakterystyczną, że wiele osób, najbardziej właśnie wrogo względem Niemców usposobionych, nie zdaje sobie zupełnie sprawy, do jakiego stopnia w różnorakich formach wyrażanie tej niechęci, wbrew ich woli, kreuje ich na "nadludzi", pisze Mackiewicz i podaje garść faktów:

"W pewnej wsi - jak opisuje Thorwald - zamordowano chłopa niemieckiego i obcięto mu dla żartu głowę, gdy bronił swojej żony, którą gwałciło po kolei szesnastu żołnierzy sowieckich, i to należało do porządku rzeczy. Dlaczego jednak przy okazji, na ścianie stodoły, przybito gwoździami głową w dół czternastoletniego chłopca, tego nikt nie wiedział..."

Kapelan amerykański Francis Simpson opowiada, że w Neubrandenburgu zgwałcone dziewczęta niemieckie wieszano za nogi do rozstawionych gałęzi drzew i rozcinano w pachwinach... W Pradze czeskiej Niemki rozbierano do naga i kazano im w tym stanie uprzątać gruz; jednocześnie otwierać szeroko usta, żeby każdy przechodzień mógł w nie splunąć; matki krępowano drutami kolczastymi i wrzucano do rzeki, zaś dzieci topiono w miejskich rezerwuarach wodnych, odpychając za pomocą długich żerdzi od krawędzi. Proboszcz Karol Seifert opowiada, że 20 maja 1945 roku, stojąc na brzegu Elby widział: rzeką płynęła drewniana tratwa, do której długimi gwoździami przybita była za ręce i nogi cała niemiecka rodzina z kilkorgiem dzieci... Były major sowiecki Klimow opisuje (Berlinskij Kreml), jak w rowach przydrożnych leżały kobiety niemieckie, którym powbijano kolbami między nogi butelki od piwa...

O tych wszystkich rzeczach - o "odwecie we Wschodnich Niemczech" - pisze Mackiewicz, nie przeczytacie w żadnej polskiej książce. I pyta:

(...) czy po tym, co przeszli ci ludzie względnie ich najbliżsi,powiedzmy matka, której syna przybito gwoździami do stodoły lub córkę rozcięto pomiędzy gałęziami drzewa, jest w stanie czy nie jest uznać to za "słuszną karę Bożą" tylko dlatego, że jej rodacy dokonali zbrodni w innych krajach? Moim zdaniem nie jest w stanie. Ani Niemka, ani żadna inna matka na świecie. Ze stanowiska politycznego łatwo jest, naturalnie, sprowadzić sprawę do: "kto pierwszy zaczął"... (...) Ale odwołując się do wyobraźni piszących o życiu: jest li możliwe, aby człowiek nad trupem bestialsko zamordowanej osoby sobie najbliższej zdobywał się na rachunek polityczny i - opłakiwał obcych ludzi zamordowanych w obcym kraju? Gdyby taki się znalazł, musiałbym chyba być ze stali i należeć do rasy ubermenschów. A ja osobiście w rasę ubermenschów szczerze nie wierzę.

I jeszcze to:

Niedawno poznałem młodzieńca urodzonego w Stryju, dzieckiem deportowanego do Kazachstanu, szkolonego w Indiach, dorastającego w Afryce, zmężniałego w Londynie, który - ponad wszystko - nienawidzi Niemców. Nie był w Niemczech i nie zna ich. Nie zetknął się. Z całego, szerokiego świata tę rzecz wyniósł z emigracyjnego piśmiennictwa polskiego. Nad własnym poglądem się nawet nie zastanawia i nie chciałby go sobie wyrobić. Tamto mu wystarcza. Jest przekonany, że inaczej być nie powinno. On w swoim mniemaniu służy w ten sposób krajowi.

Czy nie macie państwo wrażenie deja vu? Czy w powojennej literaturze polskiej (pomijając oczywiście specjalistyczne prace naukowe dostępne nielicznym) - nie mówiąc już o podręcznikach szkolnych - znajdziemy jakikolwiek ślad kaźni, jaką przeszli Niemcy w dawnych Prusach Wschodnich i gdzie indziej wiosną 1945 roku?

Czy ów "młodzieniec urodzony w Stryju" nie jest typem powszechnym dzisiaj, 60 lat po wojnie?

Czy Polacy mają w sobie choćby krztynę współczucia dla Niemców?

Nie. Oczywiście, że. Przecież "sami są sobie winni". Przecież "to oni zaczęli". Przecież "ich zbrodnie były nieporównywalnie większe". To jest właśnie to, co Mackiewicz nazywa "postawą ubermenscha". I to jest dokładnie ten ton wyższości moralnej, który nieustannie słyszeliśmy z ust czynników oficjalnych pod rządami PiS-u. Tyle że im donośniej pan Kaczyński pohukiwał o milionach Polaków zabitych w czasie wojny i o polskich stratach - tym głośniejsze było jego milczenie na temat cierpienia Niemców. I tym bardziej kruszyła się polska przewaga moralna. Bo coraz bardziej my byliśmy nie znającym litości ni współczucia ubermenschem, a oni cierpiącą ofiarą. Rząd PiS-u - i polska opinia publiczna - były jednak szczerze zdziwione, że Niemcy nie padają na kolana, nie kajają się, nie spieszą z bilionowymi odszkodowaniami za wyrządzone nam krzywdy. Oto ślepota polityczna - i ludzka - będąca wynikiem długich lat zakłamania. Bo przecież dyskurs "Polacy-Niemcy" jest kolejnym, który uległ zamrożeniu (po raz któryś zresztą) po drugiej wojnie - i który właściwie nie odmroził się do dzisiaj.

Czyż każdy starszy Niemiec nie jest dla nas (potencjalnym przynajmniej) byłym SS-manem, a każdy młody Niemiec synem zbrodniarza, który powinien pluć swemu ojcu codziennie w twarz?

Czyż nie uważamy Niemiec za "odwiecznego wroga" Polski?

Czyż nie uważamy, że jest rzeczą chrześcijańską przebaczać, ale że "pewnych rzeczy przebaczyć nie wolno"?

Niemcy stanowią dziś dla świata jeden z najważniejszych problemów, wokół którego toczą się bądź rozbijają konferencje najpotężniejszych mocarstw. Natomiast dla wielu Polaków są zamkniętym kręgiem i skamieniałym w tym ujęciu kompleksem psychicznym. Jeżeli stosunek do jednego tylko państwa czy narodu hamuje wszelką żywotną elastyczność i stanowi kamień do potknięcia na drodze do samodzielnego myślenia, to cóż dopiero mówić o możliwościach polskiego "wkładu" czy "udziału" w postępie wszechświata.

[Józef Mackiewicz, Niemiecki kompleks, "Kultura" 1/1956]



Viestartai/Wisztorty
07:32, marslaur
Link Komentarze (9) »
wtorek, 01 stycznia 2008


Rolą Kościoła jest nawracać wiernych, a nie państwo. Jeżeli Kościół katolicki ma zastrzeżenia etyczne do zapłodnienia in vitro, to niech wezwie swoich wyznawców, by z niego nie korzystali. Natomiast żądając od państwa, by odmówiło refundacji tej procedury wszystkim, Kościół postępuje niewłaściwie co najmniej z kilku powodów.

Po pierwsze, ignoruje fakt, że nie wszyscy Polacy są katolikami – są wśród nas także protestanci, prawosławni, muzułmanie, buddyści, a także niewierzący. Czy oni także mają nie mieć dostępu do in vitro, mimo że nie należą do Kościoła katolickiego?

Po drugie, ignoruje sumienie tych wszystkich katolików, którzy zastrzeżeń etycznych do in vitro nie mają. Nigdzie w katechizmie czy X przykazaniach nie znajdziemy zasady „nie stosuj zapłodnienia in vitro”. Wręcz przeciwnie, Biblia zachęca ludzi, by się rozmnażali. O embrionach ani słowa. Jedyne więc sensowne rozwiązanie kontrowersji etycznej jest takie, by ludzie zadecydowali sami we własnym sumieniu – oczywiście Kościół ma prawo im tu doradzać. Ta sama reguła odnosi się do antykoncepcji czy przerywania ciąży. Przypominam, że Kościół przez setki lat był przeciwny przeprowadzaniu sekcji zwłok (uważając ją – zupełnie jak in vitro – za ingerencję w sprawy Boskie), a w czasach współczesnych – przeszczepom organów.
 
Gdyby z powodu nacisku Kościoła dostęp do in vitro miała stracić choćby jedna rodzina protestancka czy prawosławna – czy jakakolwiek rodzina nie podzielająca oceny moralnej biskupów – już to byłoby wystarczającym powodem przeciwko państwowemu zakazowi refundacji procedury.

Po trzecie, narusza konstytucyjny rozdział Kościoła od państwa. Państwo demokratyczne nie może kierować się regułami religijnymi, ponieważ przestaje być wtedy demokracją, a staje się teokracją. W najlepszym razie więc biskupi mogą wzywać parlamentarzystów do przeprowadzenia referendum w sprawie refundacji in vitro. Wszystko ponad to jest niedopuszczalnym szantażem. Pomyślmy, co by się działo, gdyby jakaś partia zażądała, żeby Kościół stosował się do reguł państwowych – płacił podatki, miał przejrzyste finanse, czy przedkładał programy nauczania religii do akceptacji ministerstwa edukacji.

Na koniec zastanówmy się, dlaczego Kościół woli wywierać presję na państwo zamiast nawracać swoich wiernych. Odpowiedź jest prosta: gdyby Kościół wezwał wiernych, by nie korzystali z in vitro, okazałoby się, jak bardzo jest słaby, ponieważ tylko niewielki procent społeczeństwa wezwania tego by usłuchał. Wykorzystując konformizm i tchórzostwo polityków, Kościół jest w stanie uchodzić za o wiele potężniejszy, niż w istocie jest.

I jeszcze jedno – dlaczego biskupi i Kościół są aż tak zainteresowani – czasami wydaje się, że wręcz obsesyjnie – sprawami seksu? Czy mogą wypowiadać się autorytatywnie na ten temat ludzie, którzy żyją w celibacie, nie wiedzą, co to rodzina, nie mają dzieci, a kobiety znają tylko jako usługujące im zakonnice? Dlaczego Kościół nie walczy równie uporczywie z alkoholizmem, maltretowaniem i dyskryminacją kobiet, biciem dzieci czy chciwością i egoizmem? A jeżeli to robi, to co najwyżej werbalnie, a fakty – przykłady podadzą wam w parafiach jak Polska długa i szeroka – temu przeczą. Gdyby Kościół był wzorem umiłowania kobiet, ubóstwa, samoograniczenia, altruizmu, miłości bliźniego (co w istocie oznacza tolerancję – słowo wyklęte w dzisiejszym Kościele polskim) – tych wszystkich cech, które symbolizował Jezus – jego siła moralna byłaby rzeczywista, a nie tylko malowana.


17:01, marslaur
Link Komentarze (10) »