Nasze życie we wsi Dusznica na pograniczu polsko-litewskim Our life in the village of Dusznica on the Polish-Lithuanian borderland
web stats stat24
RSS
wtorek, 27 marca 2007
Zlot kruków, prawdopodobnie poranek zapoznawczy dla młodzieży (dorosłe łączą się w pary raz na całe życie). Udało się uchwycić zaledwie kilka osobników, ale było ich tam parędziesiąt. Dzień wcześniej obserwowałem gigantyczne wręcz zbiegowisko na dużej wysokości, kilkaset sztuk - niesamowite, jak na ptaka, który w ogóle nie jest społeczny.








I widoczek:


Wiosenne przeloty:






Życie wre:









Jak wiadomo, M&M'sy najlepiej dzieli się w szałasie:



Przedwiosenny piknik na mostku:



Najfajniejsze na rynku jest stoisko z towarami do produkcji rolnej:



Dwie księżniczki:



Trzy księżniczki:




Jako się rzekło, widoczki are back:




Na koniec dla kolegi Czarliego64 kilka ujęć litewskiego słupa granicznego:












19:20, marslaur
Link Komentarze (5) »
niedziela, 18 marca 2007
Najpierw nowości:


Długo wyczekiwane okna szczytowe.


Nasz nowy domownik - Vienas (vel Wienio). W tle prawie gotowy kominek.


Gaładuś prawie bez lodu - i to ponad miesiąc wcześniej niż przed rokiem (patrz wpis z kwietnia 2006).

A teraz dla odmiany trochę starości:









18:33, marslaur
Link Komentarze (2) »
piątek, 09 marca 2007
1:100 000, rok 1915.






19:51, marslaur
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 marca 2007
środa, 07 marca 2007
Oskar Kolberg, Litwa: "Nie mówiąc o kwasie (gira), wszędzie znanym, gdzie tylko chleb kwaśny pieczono, tudzież o oskole (suła), czyli soku z brzozy lub klonu, używanym porą wiosenną przez wszystkich mieszkańców północy..."

Wedle Claude'a Diolosy (Chiny, kuchnia, tajemnice medycyny) suła "działa oczyszczająco i dostarcza ogromne ilości życiowej energii. Ma również rewelacyjne zdolności oczyszczania wątroby".

Można go pić "przez 2-3 tygodnie wczesną wiosną, natomiast nie da się konserwować, gdyż po dwóch dniach kwaśnieje".

"Czas kuracji opartej na soku może być dowolny - przez cały okres puszczania soku lub tylko kilka dni. Nie ma obawy o przedawkowanie".

Brzóz nie posiadamy, ale nasz wiekowy klon przed domem wystarczyło nakłuć wiertłem, żeby puścił sok. Teraz tłoczy dobre trzy litry na dobę. Polecam!




19:13, marslaur
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 marca 2007
Kończy się (zapewne) zima, trwała dokładnie 5 tygodni - wynik, przyznacie, niezbyt imponujący, ale jeżeli zmiany klimatyczne są faktem - a na to wygląda - to najciekawsze z pewnością jeszcze przed nami. Myślę przede wszystkim o zmianach kulturowych, mentalnych, psychologicznych - świat, który znamy, jest tak oswojony i tak oczywisty, że pewne rzeczy przyjmujemy po prostu za naturalne, odwieczne i niezmienne - a przecież takimi nie są: bałwan, choinka, śnieg, mróz, sanki, odlatujące i przylatujące ptaki, odmrożone uszy, łyżwy, "biały puch", snieżynki, malunki mrozu na szybie, skrzypienie śniegu pod butami, sanna, kulig, bitwa na śnieżki, nacieranie dziewczyn śniegiem... Wyobraźcie sobie, jak ogromny szok kulturowy nas czeka, jaki wstrząs przeżyjemy, kiedy po raz pierwszy nie spadnie w Polsce ani jedna śnieżynka, kiedy po raz pierwszy nie będzie ani jednego dnia mroźnego, kiedy dzieci nie ulepią bałwana... Już mieliśmy Boże Narodzenie bez śniegu i było dość dziwnie, nie uważacie?






A więc coś się zaczyna (wiosna), a coś się kończy - kończy się mianowicie stary świat wiejski. Oglądamy jego ostatnie chwile, za chwilę zejdzie ze sceny dziejów wieś polska taka, jaką ja znamy od lat 50, a miejscami pewnie 100 - z krową, konikiem, kozą, świnką, kurką, białym serem, kiełbasą i swojskim chlebem. Dzisiaj dowiedziałem się, że wprowadzono zakaz sprzedaży wyrobów własnych na targu - uzasadnienie, oczywiście, że "wymogi unijne". Dziwne, że rolnik francuski czy włoski jakoś może sprzedawać ser czy wino czy makaron czy oliwę na targu w swoim miasteczku - co każdy z nich czyni. U nich te przepisy unijne jakoś nie działają czy co? A może to nie są przepisy unijne tylko wymysły polskich biurokratów? Tak czy owak, teraz legalny będzie tylko Hochland i Danone, dla biedniejszych Bakoma. Lobby wielkich producentów morduje drobnego wytwórcę - ekologiczniejszego od nich tysiąc razy, choćby nie stosował HACAP-u - tym samym mordując polską wieś, która drobnym wytwórcą stoi. A dzieje się to w momencie, kiedy właśnie konsument - i to nawet ten małomiasteczkowy - jest coraz bardziej zdeterminowany kupować swojskie i nieprzetworzone - "bez konserwy", jak to mówi żonie na "targowicy" babcia od białego sera. Babcia ma 20 stałych klientek, które co wtorek kupują od niej na targu - z tego żyje. Teraz będzie musiała ogłosić bankructwo - sklepu nie otworzy, do domu nikomu nie będzie się chciało do niej jeździć, a o sprzedaży przez internet jakoś jeszcze nie słyszała.
W ten sposób drobny wytwórca spychany jest coraz bardziej do narożnika. Promowany przez politykę państwa jest wielki wytwórca - farmer. Ten co ma sto krów i tysiąc świń. Zastanówcie się, jaka jest jakość wytwarzanego przezeń produktu - ile chemii potrzebuje zaaplikować, ile nawozów, sztucznych pasz, mączek rybnych, ile antybiotyków, żeby jego biznes się kręcił. Ten facet inwestuje dziesiatki, setki tysięcy i nie może ryzykować - tyle że to, co opuszcza jego farmę, nie jest już żywe. Jest martwe. Nie różni się niczym od plastiku - tyle że jest bardziej trujące. Porównajcie to z własnoręcznie wydojonym mlekiem przerobionym ręcznie na twaróg albo biały ser, ze świnką, która jadła tylko swojską osypkę i teraz przerobiono ją domowym sposobem na kiełbasę, z chlebem pieczonym  w opalanym drewnem piecu - być może wam, miastowym, wydaje się, że to wszystko są mrzonki i że to nie istnieje - ale powiadam wam, że tutaj większość ludzi tak się żywi, znam takich, którzy codziennie pieką własny chleb, który smarują własnego wyrobu masłem i na który kładą własnego wyrobu boczek (dla Józefa Szydłowskiego w tym momencie serdeczne podziękowania :-)). Więc pytam: ile milionów i miliardów złotych ludzie w mieście byliby gotowi wydać na te pyszności? Jak wielka jest potrzeba takiego jedzenia powie każdy sklep ekologiczny w Warszawie sprzedający chleb, wędlinę albo nabiał - zapisywać się trzeba czasem na parę tygodni naprzód. Odpowiednia polityka państwa, propaganda i ulgi podatkowe sprawiłyby, że Polska stałaby się potęgą zdrowej żywności, konsumenci jedliby dobre rzeczy, a polska wieś zostałaby ocalona. Rząd jednak - w tym słynny zbawca i dobroczyńca Andrzej L. - wolą iść na pasku przemysłu, lobby wielkich producentów, niemieckich i francuskich koncernów.
Za dwadzieścia lat - powiadam wam, jeżeli nie wyłoni się polski Jose Bove - nie będzie już drobnych rolników, drobnych wytwórców żywności. Wszyscy oni będą pracować w mieście, w fabryce koreańskich telewizorów - co nazwane będzie postępem, modernizacją i generalnie równaniem do krajów "rozwiniętych" - a na wsi zostaną farmerzy po 1000 hektarów, zaś dawne gospodarstwa zaludniać się będą tylko w czasie wakacji, już dawno sprzedane letnikom albo przepisane na dzieci i wnuki w mieście. I to będzie ten nowy wspaniały świat - ogrodzenia, ogrodzenia, ogrodzenia. Płoty, mury, murki, zasieki, druty kolczaste, bramy, kamery, zakazy wstępu i wjazdu, złe psy, tereny prywatne, ochrona 24 h, monitoring. Ten unikalny krajobraz kulturowy, który tworzą porozrzucane wsród pol niewielkie gospodarstwa - każde z nich to mikrokosmos, unikalny ekosystem, metanarracja i muzeum żywej historii - odchodzi w przeszłość. Odczuwam podobny smutek, jak wtedy kiedy myślę o przedwojennych polskich żydach - była jakaś kultura, ale już jej nie ma - i NIGDY juz jej nie będzie. Nieodwołalność i kategoryczność tej konstatacji jest paralizująca. Tracimy własną głębię, aspekty samych siebie, których wartości nie doceniamy, ale które są fundamentalnie istotne - spłaszczamy się, redukujemy, karlejemy, zamieniamy się w te same znudzone postacie z kreskówek, których miliony zaludniają zachodnią Europę. Stajemy się cyborgami, maszynowiejemy, technicyzujemy się, chemizujemy, plastikowiejemy. Czy są to procesy, których nie da się zatrzymać? Czy jest to obiektywna konieczność dziejowa? Czy tak po prostu musi być? Nie wiem, ale wiem, że w każdym francuskim i włoskim miasteczku można na targu kupić ser od rolnika.

I jeszcze jedno: zlikwidowano ogólnodostępne kontenery na śmieci, przerzucając problem odpadów na mieszkańców, pomimo, że wywóz odpadów jest ustawowym obowiązkiem gminy. W mieście puszek, plastiku i makulatury od osób prywatnych nie skupują. Na wysypisko zawieźć samemu - nawet zapłaciwszy - nie można. Śmieciarka jeździ raz w miesiącu. Co ze śmieciami, które ktoś rzuca na pobocze? Coś z odpadami np. z budowy? Co będzie w wakacje, kiedy przyjadą letnicy i turyści? Abdykacja państwa postępuje - biurokracja uwłaszczyła się na systemie władzy i teraz wycofuje się ze swych funkcji nie rezygnując z przywilejów i - przede wszystkim - z władzy. Nie ma to nic wspólnego z demokracją. Gdzie jest polski Jose Bove? Gdzie jest nowy Lech Wałęsa? Gdzie jest nowa Solidarność? Gdzie podział się sojusz inteligencji i robotników i chłopów? Czy doczekamy się Maja 68 przed rokiem 2068?

Coś się zaczyna, coś się kończy. Lao Tsy nazywa to "niezmiennym Tao". Ale czy taoizm ma szansę w takim kraju jak Polska? A może właśnie taoizm?




20:35, marslaur
Link Komentarze (2) »