Nasze życie we wsi Dusznica na pograniczu polsko-litewskim Our life in the village of Dusznica on the Polish-Lithuanian borderland
web stats stat24
RSS
czwartek, 30 sierpnia 2007
Od lewej: Matylda z Tolą, Lloica Czackis (Alzacja), jej ojciec Pedro Czackis (Argentyna), jego siostra Boni (Izrael). Przodkowie Pedra i Boni, Redakowie, mieszkali w majątku Dusznica przed wojną. Nie zmieścił się w kadrze: mąż Lloici, Jędrek Kośmicki (urodzony w Poznaniu, od 25 lat we Francji).

From left: Matylda with Tola, Lloica Czackis (Alsace), her father Pedro Czackis (Argentina), his sister Boni (Israel). Pedro and Boni's ancestors, the Redaks, lived at the Dusznica estate before the war. Didn't make it into the picture: Jędrek Kośmicki, Lloica's husband (born in Poznań, Poland, for 25 years now in France).



Pedro i Boni są dziećmi Lei Piwowarskiej, z domu Redak, wnuczki Lwa (Wolfa) Redaka, którego syn Chaim był dzierżawcą Dusznicy przez cały okres międzywojenny.

Pedro and Boni are the children of Lea Piwowarska, nee Redak, the granddaughter of Lew (Wolf) Redak, whose son, Chaim, was the leaseholder of the Dusznica estate throughout the interwar period.
16:36, marslaur
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 sierpnia 2007
... i już wiecha/... and the roof's there:


Impreza musi być (majster i sąsiad)/The topping-out party is a must (here, the master carpenter and my neighbour):



19:31, marslaur
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 sierpnia 2007




Garaż, czyli stara stodoła. Majster nazywa się Sankowski Ireneusz, rodem z Pomorza, mieszka w Konstantynówce koło Sejn. I mówi do mnie tak: - Jak się ta rzeczka nazywa? - Dusznica. - A gdzieś tu jest Hołnianka? - Jest, po drugiej stronie jeziora wypływa. - A bo ja jeszcze kawalerem będąc - żenił się w 1962 - budowałem mostek na niej. Ja pytam: - Drewniany czy murowany? (Ale już czułem pismo nosem, bo przecież on cieśla). - Drewniany. - W Hołnach Wolmera? - W Hołnach Wolmera - potwierdził. I już byłem w domu. To przecież ten mostek, którym zachwyciłem się nie dalej jak dwa tygodnie temu (wpis). Świat jest mały. Jeszcze dorzucił, że mieszka tam w pobliżu starowier Tryfan - znowu znajoma postać... I tak się nam narracje zazębiają.
18:19, marslaur
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 sierpnia 2007
Lecą zwykle na Bartłomieja, czyli 24 sierpnia, ale jeden dzień różnicy możemy im chyba wybaczyć.

They usually leave on St. Bartholomew's day, August 24, but I guess we can excuse the one day's difference.


10:51, marslaur
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 sierpnia 2007
Mieliśmy jechać do starowiera P.* razem, Rafał i ja, ale w ostatniej chwili coś mi wypadło i Rafał pojechał sam. Oto jego sprawozdanie.

Rafał Lewandowski*

Wizyta u starowiera

Do starowiera P. zajechaliśmy z Panem Józefem z miejscowości R., który go dobrze zna, około godziny 9.30 rano. Pan W. w samochodzie opowiadał o P., że to dobry człowiek ale się rozpił. Rocznik 1926, służył w marynarce i mieszkał jakiś czas w Norwegii. Wioska nazywa się A., żyli tutaj dawniej starowierzy, a została z nich tylko jedna rodzina. Domek był mały, z szarego wapna, wygląd miał jakiś smutny. Na ganku stali dwaj mężczyźni, starzec z długą siwą brodą, opierał się o lasce i drugi młodszy palił papierosa. - To on – powiedział Pan Józef, a P. śmiał się do niego i Józef jak tylko wysiadł z samochodu, zauważył: - Już pijany. P., który rzeczywiście chwiał się na nogach i robił jakieś nerwowe ruchy rękami, powiedział do Józefa: - Nie powiedziałeś mi daty, kiedy przyjedziecie. I podszedł do mnie, już trzymał za ręce, pozdrawiał i zapraszał do środka, wejdźcie, wejdźcie, przepraszam ja pijany bełkotał, śmiejąc się. Pan Józef z drugim mężczyzną, który okazał się synem P., zostali jednak na zewnątrz, a my weszliśmy do środka. Z małego przedpokoju przeszliśmy w lewo do kuchni, gdzie trudno było domyśleć się koloru ścian, stanowiących jakiś splot tynku, ziemi i pajęczyny, w kącie stał stół z denkiem niedopałków po papierosach i dwa krzesła. Na jednym usiadłem zachęcony przez P., a na drugim bezbłędnie wylądował P., który przy najmniejszym wypadzie z orbity stękał i śmiał się na przemian. - Ja… historyk – zacząłem jakoś. – A ja lubię historię – odrzekł P. - Ale nic z tego dzisiaj nie będzie, przepraszam, ja pijany. Pracowałem tu w gminie w S., przychodzili różni ludzie, przynosili butelki i tak się rozpiłem. - Nie szkodzi, mnie to nie przeszkadza. - Nie ? A ty kto ? - Ja katolik – powiedziałem, jakoś bezwiednie. - Co to jest stary obrzęd? – Starowierzy – poprawił. - Jeśli ty mi powiesz, kim jest katolik, to ja ci powiem kim są starowiercy. Chyba niedobrze zacząłem, a teraz plątałem się w słowach, chcąc jakoś wybrnąć z sytuacji, gdyż nagle jakaś ćma mnie ogarnęła, chciałem przypomnieć sobie credo, ale nic już nie pamiętałem, czując, że przecież nie o to pytał P. A on choć pijany, patrzył na mnie i ni to śmiał się ni płakał, bełkocąc coś do siebie świdrował tylko oczami, a jego siwa głowa jakoś mieszała się z pajęczyną na ścianie jak korzeń jakiegoś starego drzewa którego jeszcze nikt nie nazwał. - U mnie są książki, pokażę, pokażę, tylko stary psalm został, resztę zabrali. - Wy czytaliście Pismo w świątyni, słyszałem. Twierdząco kiwnął głową. I zaczął po swojemu coś recytować i zawodził przy tym jakby płaczem, ale jego twarz się śmiała i stara broda była cała w drgawkach. - Przepraszam, ale jak czytam to nie mogę się powstrzymać - mówił. Z jego słowach starocerkiewnych rozumiałem tylko coś o Mojżeszu, że przeszedł wodę. - Co to znaczy? - A ja powiem, ale nie mogę, nie mogę. Jakby mu jednak nie o język ale o jakiś zakaz chodziło, którego nie mógł przekroczyć.

Wyjąłem z torby Ewangelię, stare kieszonkowe wydanie, z którym się nie rozstawałem, i położyłem na stole. – Popatrzył na książeczkę i mówi: - A ty może z tych, no, Jehowa jesteś?

- Nie, ja katolik. - Wy macie tego, papieża. A ja ich kocham. – Świadków Jehowy? - Tak, i gdybym był jak oni, i nie pił bym i nie palił, to może bym się zbawił. Oni z są... z prawdziwej wiary, żydowskiej. Wszystko zaczyna się od Żydów, wszystko pochodzi od Żydów. Starowiercy są od Żydów. - Jezus też był Żydem – dodałem. - Ot to - powiedział i spojrzał na mnie ciepło, jakby dając do zrozumienia, że coś rozumiem. I znów zaczął mówić po swojemu, ze Mojżesz, że woda, że przeszedł. - Nic nie rozumiem. - Ty nie rozumiesz? - zdziwił się. - A prawdziwa wiara? – jakoś mi się wyrwało. - Nie chodzi o katolików, ani starowierców, prawdziwie wierzy ten, kto wierzy naprawdę. Na takie słowo już nic nie mogłem powiedzieć. Bo co tu jeszcze mówić, kiedy usłyszy się coś takiego, ale spytałem: - Czy mogę zobaczyć książki? - A tak, można, są tam – i wskazał na sąsiednie pomieszczenie za moimi plecami, które stanowiło jakby przedłużenie kuchni, z łóżkiem i drugim stołem, na którym leżały obok lampy stara księga oprawiona w czarną skórę i biały zeszyt na jakimś kolorowym pudle. Wziąłem księgę i zeszyt i przyniosłem do naszego stołu. - Można otworzyć? - Otwórz – zezwolił. W księdze brak było strony tytułowej. Na pierwszej stronie gruba piękna czcionka, zaczynała się od czerwonej litery. P. znów zaczął po swojemu coś recytować, odwracał głowę jakby śpiewając.

- Jak wy to nazywacie? – spytałem pokazując na księgę.

Nagle jakby wytrzeźwiał i spojrzał na mnie groźnie. - Ty chytryj. Co Pan ode mnie chce?

- Co to jest stary obrzęd? – ponowiłem pytanie. - To jest prawdziwa wiara żydowska, od nich wszystko pochodzi. Od Żydów. - Tak, a ty nie Żyd? - Nie, ja nie. - A ja ich kocham. Oni nam wszystko dali, a wy tego papieża macie, ale nie mogę mówić, bo powiedziałbym coś złego.

Wziąłem do ręki zeszyt, oprawiony w biały papier. - To jest pokajanie. Jak nie ma popa, kapłana, to czytasz to i dostajesz rozgrzeszenie. - Znaczy pokuta, skrucha? - Nie, spowiedź. Pokajanie.

Nagle do kuchni wszedł Pan Józef i mówi: - Nic z tego nie będzie, ty pijany. P. na to: - Ale my się jeszcze nie dogadali. Wszedł też syn P. i zobaczył że siedzę nad otwartą księgą. - Twoja książka? - spytał. - Nie, nie moja. - To zamknij. Zabrzmiało to jak rozkaz. Na to P. do niego: - Ja mu pozwoliłem, a tobie nic do tego! - To odłożę na miejsce – zaproponowałem – wiem, gdzie leżała. - Odłóż - zgodził się syn, już innym tonem. Odłożyłem księgę i zeszyt na miejsce. I zacząłem się żegnać. P. skrzyżował ręce swoje i moje i chwyciliśmy za dłonie i pocałował mnie w obie ręce. I ja go pocałowałem w ten sam sposób. - Przyjedź – powiedział. Wyszedłem na zewnątrz, a Pan Jan wszedł z przedpokoju do drugiego pomieszczenia, gdzie syn przedstawiał mu swoje córki. Chciałem też tam wejść, ale syn zagrodził mi drogę: - Tobie nie wolno.

Za chwilę wyszedł Pan Józef i już pakowaliśmy się do samochodu, a P. wołał z ganku: - Przyjedź!

W samochodzie Pan Józef skwitował: - Nic z tego nie wyszło, oni z synem już rano trzy flaszki wódki wypili.

_______________________________

*Rafał Lewandowski (ur. 1962), historyk sztuki, mieszka w Warszawie.


Staroobrzędowiec przy pracy, Hołny Wolmera, wczesne lata 70-te.


Reprodukcje za: Białostockie Towarzystwo Naukowe, Materiały do dziejów ziemi sejneńskiej, pod red. Jana Jaskanisa, Warszawa 1975.

13:50, marslaur
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 sierpnia 2007
Jak może pamiętacie (wpis), odwiedziłem był przysiółek Prapuntai (Prepunty) jakiś czas temu. Miejsce jest urokliwe - jezioro, dawny folwark z budynkami z kamienia i tłuczki, no i gigantyczna - dosłownie - topola (Prapuntu tuopa) o obwodzie ok. 600 cm. Dzisiaj pojechaliśmy tam raz jeszcze, tym razem w pełnym składzie.

As you may remember (entry), I had visited the settlement of Prapuntai some time ago. The place is charming - the lake, the former estate with the stone buildings, and the huge - literally - poplar tree (Prapuntu tuopa) of a diameter of some 600 cm. Today we went there again, all together this time.

Zdjęcie obrazujące w pewnym stopniu rozmiary drzewa/A picture giving some notion of the tree's size:



Miła starsza pani z sąsiedztwa opowiada nam różne ciekawe rzeczy (niewiele rozumiemy, bo mówi tylko po litewsku - swoją drogą, miło skonstatować, że rusyfikacja/sowietyzacja niezbyt się tu najwyraźniej powiodła), a potem wręcza nam na drogę ciasteczka i butlę kompotu z czerwonej porzeczki.

A nice old lady living in a farm house next to the tree tells us all kinds of interesting things (we understand little because she speaks only Lithuanian - but it's nice to think that russification/sovietisation obviously didn't succeed here), and then presents us with cookies and a big bottle of red currant compote for the road.



Zaraz za zakrętem grób powstańców 1863 r. - cztery pomnikowe sosny, stary krzyż i współczesny drewniany pomniczek. Ten ostatni w stylu, który na Litwie jest powszechny, a o którym Polacy - z ich pomnikowym zadęciem i gigantomanią - mogą tylko pomarzyć...

A few  hundred meters down the road, a grave of the 1863 Uprising soldiers - four monumental pine trees, an old cross, and a present-day wooden monument. The latter in a style that in Lithuania is common and which Poles - with their pomp and grandiosity - can only dream of...




Słownik geograficzny Królestwa Polskiego podaje:

Prepunty, folwark nad jeziorem, powiat sejneński, gmina i parafia Święto-Jeziory, odległość od Sejn 29 wiorst, ma 3 domy, 37 mieszkańców. W 1827 r. 2 domy, 38 mieszkańców. W roku 1882 rozległość mórg 1058: grunty orne i ogrody mórg 312, łąk mórg 178, pastwisk mórg 7, wody mórg 270, lasu mórg 275, nieużytków mórg 16; budynków murowanych 1, z drzewa 9; płodozmian 4-polowy, las nieurządzony, pokłady torfu i wapna.

Prepunty, jezioro na obszarze wsi tej nazwy, w powiecie sejneńskim, leży 7 wiorst na południe od jez. Duś, ma około 2 wiorsty długości, a  półtorej wiorsty szerokości, brzegi bezleśne, wzgórkowate. Na brzegach leży folwark Prepunty i wieś Buteluncy (Butielunai). Obszar jeziora wynosić ma 60 mórg (za Wolskim), a wody jego odprowadza strumień do Białej Hańczy.

I jeszcze o Prapuntai z litewskiej Wikipedii:

Prapuntai – kaimas Lazdijų rajone, esantis Prapunto ežero šiauriniame pakraštyje. Ežero saloje kadaise buvęs Malkevičių giminės Prapuntų dvaras, kurį Malkevičiai nupirkę iš Šinkausko, o salą su krantu jungęs tiltas. Ežero pakrantėje dar iki šių dienų yra išlikę ūkiniai dvaro pastatai. Prie kelio stovi didžiulė Prapuntų tuopa, o šiek tiek toliau, kryžiumi pažymėta masinė 1863 m. sukilėlių kapavietė. Prapuntų ežero pusiasalyje palaidoti dvaro ponai.

Nazwisko Malkevicius (Malkiewicz) zgadza się z tym, co usłyszeliśmy od starszej pani z sąsiedztwa.
The name Malkevicius is the same one we heard from the old lady.


Kilka kilometrów dalej, między jeziorami Paliunai (Poluńce) i Babrai (Bobry) natrafimy na ten niezwykły kamienny domek. Pierwszy raz widzę domostwo tak niewielkich rozmiarów, chłopską siedzibę, zbudowaną z kamienia. Kto miał tyle determinacji i krzepy?

A few kilometres down the road, between lakes Paliunai and Babrai, we encounter this unusual stone house. It is the first time ever I see a house so little, a peasant's dwelling, built of stone. Who had the determination and power?










I jeszcze okolice wsi Babrai (Bobry)/Near the village of Babrai:

15:56, marslaur
Link Komentarze (4) »
sobota, 18 sierpnia 2007
Jak już wspominaliśmy (tutaj), jeziora Gaładuś (Galadusys) i Hołny (Alnas) łączy rzeczka, zwana Dusznicą (nazwa wzmiankowana w dokumencie z roku 1522, za: I. Baturowa, Przewodnik turystyczny po ziemi sejneńskiej) lub Dusią (G. Rąkowski, Polska egzotyczna).

As we already mentioned (here), lakes Gaładuś (Galadusys) and Hołny (Alnas) are connected by a little river (upelis) called Dusznica (name mentioned in a document from 1522, according to I. Baturowa, Przewodnik turystyczny po ziemi sejneńskiej), or Duś (G. Rąkowski, Polska egzotyczna).

Wypływająca z jeziora Hołny w Ogrodnikach (Aradninkai) rzeczka nazywa się już Hołnianka, po litewsku Alna. Przepływa ona przez Hołny Wolmera i tam przekracza granicę państwa. Płynie następnie przez Kuciunai (Kuciuny) i wpada do jeziora Zapsys (Zopsie).

The rivulet leaving lake Hołny in Ogrodniki (Aradninkai) is already called Hołnianka, or, in Lithuanian, Alna. It flows through Hołny Wolmera and then crosses the state border. It then passes through Kuciunai and flows into lake Zapsys.

Stamtąd wypływa jako Zapse (Zopsia) i wije się przez Kalediskiai (Kolendziszki), Briniai (Bryniuki) i wpada do jeziora Veisiejis (Wiejsieje) na jego północno-zachodnim krańcu.

From there it runs as upelis Zapse, meandering through Kalediskiai, Briniai, and finally flowing into lake Veisiejis at its north-western tip.

Na krańcu południowo-wschodnim, z odnogi, która nazywa się Niedus (Gniade), wypływa jako Nieda (Gniada), by pod Kapciamiestis (Kopciowem) wpaść do Baltoji Ancia (Białej Hańczy).

At the south-eastern tip, from a branch called Niedus, it leaves as Nieda, to finally, near Kapciamiestis, flow into the river Baltoji Ancia.

Ta ostatnia wpada do (sztucznie spiętrzonego) jeziora o tej samej nazwie, z którego wypływa dziesięć kilometrów dalej, przy malowniczej zaporze Baltoji Ancia.

The latter flows into an (artificial) lake of the same name, which it leaves 10 kilometers downstream, at the picturesque Baltoji Ancia dam.

Po kolejnych pięciu kilometrach, w okolicach wsi Sventinajskas (Świętojańsk), Baltoji Ancia wpada ostatecznie do Niemna.

After another five kilometers, near the village of Sventijanskas, it feeds into the Nemunas.

Ten, jak wiadomo, uchodzi do Morza Bałtyckiego, a właściwie do Zalewu Kurońskiego.

The latter as we know, flows into Baltic Sea, or, more correctly, the Curonian Bay (Kursiu Marios).

W ten oto sposób, gdybyśmy się uparli (i gdyby nie granice państwowe), moglibyśmy spłynąć z Dusznicy do morza...

Thus, if we were determined enough (and if it were not for state borders), we could flow from Dusznica to the sea...

_________

Ostatnio odbyłem wycieczkę krajoznawczą nad mostki rzeczki Hołnianki (Alny), póki co po jej polskiej stronie. Oto plon.

I recently made a tourist trip to the bridges on the river Hołnianka (Alna), for now on its Polish side. Here's some documentation.


Ogrodniki (Aradninkai), przy jeziorze Hołny (Alnas)/Ogrodniki, by lake Hołny:






Mostek przy drodze Hołny Wolmera-Dworczysko to niewiele więcej niż przepust, a Alna (ta nazwa o wiele bardziej mi się podoba, pozwólcie więc, że będę jej używał) zamienia się w wąziutką strugę.

The bridge under the Hołny Wolmera-Dworczysko road is little more than a culvert, and Alna has turned into a narrow stream.

(Miejsce niezbyt ciekawe, ale kiedy odjeżdżam kawałek mam przyjemność przeprowadzić następujący dialog z przystojną blondyną w wieku balzakowskim: - Przysiółek Weresowszczyzna to tutaj? - Tutaj. - Gdzieś tu był kiedyś podobno jakiś majątek czy dworek. - Tak, Hołny Wolmera. - Nie, nie, tutaj, w Weresowszczyźnie, dworek. - Hołny Mejera? - Nie, tutaj, w samej  Weresowszczyźnie, majątek. - Krasnogruda? - Nie, nie rozumiemy się, tutaj przed wojną był gdzieś folwark. - Folwark? To trzeba na Suwałki jechać.)





Jednak już pół kilometra dalej (przy asfaltówce Ogrodniki-Berzniki) znowu przypomina rzekę, a mostek robi naprawdę przyjemne wrażenie.

But a mere half kilometre downstream (by the Ogrodniki-Berzniki road) it again resembles a river, and the bridge makes a truly pleasant impression.







Jednak prawdziwym klejnocikiem jest mostek przy bocznej drodze Hołny Wolmera-Podlaski: pasące się zwierzęta, drewniane barierki, olchowy lasek... Jakby cofnął się czas.

But it is the bridge by the side road from Hołny Wolmera to Podlaskie that turns out to be a real gem: the grazing animals, the wooden railings, the alder grove... As if you went backwards in time...









Jak pisze G. Rąkowski, w Hołnach Wolmera "osiągnęlismy etniczną granicę polsko-litewską. Linia zwartego zasięgu ludności litewskiej przebiega pomiędzy dawnym majątkiem a wsiami Rachelany, Ogrodniki i Żegary".

Zaryzykuję twierdzenie, że linią, o którą oparło się osadnictwo litewskie, jest właśnie Alna (Hołnianka).

As G. Rąkowski writes, in Hołny Wolmera we have 'reached the Polish-Lithuanian ethnic boundary. The line of homogeneous Lithuanian-speaking population runs between the former estate and the villages of Rachelany (Rakelija), Ogrodniki (Aradninkai) and Żegary (Zagarai)'.

I will venture to say that the line by which Lithuanian settlement stopped is precisely the river Alna (Hołnianka).

***

W następnym odcinku: Alna i jej mostki po litewskiej stronie.
Coming up: Alna and its bridges on the Lithuanian side.


07:05, marslaur
Link Komentarze (3) »
czwartek, 16 sierpnia 2007
Kiszenie ogórków/Pickling the cucumbers: 
05:11, marslaur
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 sierpnia 2007
poniedziałek, 13 sierpnia 2007
"Małą Litwą" nazywa się północno-wschodni kraniec Suwalszczyzny, od wieków zamieszkały przez ludność pochodzenia litewskiego. Sami Litwini używają raczej nazwy Suvalkija, oznaczającej cały litewskojęzyczny teren na zachód od Niemna.

"Little Lithuania" is a name used to denote the north-eastern tip of Suwalszczyzna, inhabited for centuries by ethnic Lithuanians. The Lithuanians themselves use the name Suvalkija, which refers to the whole Lithuanian-speaking area west of Nemunas river.

Jak pisze Grzegorz Rąkowski w Polsce egzotycznej, jest to "kraina niewysokich pagórków, łąk i torfowisk połączonych skomplikowanym systemem strumieni i rowów. Miejscami w dolinach spotyka się płaty olszyn, sosnowe laski zwane lasankami. Wśród tego pejzażu tkwią z rzadka rozrzucone pojedyncze domostwa, ku którym wiodą wąskie, kręte dróżki. Jest tu cicho, spokojnie i sielsko".

As Grzegorz Rąkowski writes in his Polska egzotyczna guidebook, it is a 'country of small hills, meadows, and peat bogs connected by a complex system of streams and ditches. In the valleys you will sometimes encounter a patch of elder or a small pine wood. Amid this landscape there stand, sparsely scattered, isolated farmsteads, approached by narrow winding roads. The place is quiet, peaceful, and idyllic'.

Postanowiliśmy spenetrować tę okolicę, o której, może bardziej niż o jakiejkolwiek innej tutaj, można powiedzieć, że leży na końcu świata - oddalona od większych ośrodków miejskich i szlaków komunikacyjnych, pozbawiona oczywistych atrakcji turystycznych, jest jak mały nieoszlifowany brylancik, który ukaże swoje piękno i egzotykę temu, kto uczyni wysiłek, by je dostrzec.

We decided to penetrate the area, of which, perhaps more than of any other here, it is true to say that it is the end of the world - far from larger towns and major routes, devoid of any obvious tourist attractions, it is like a small rough diamond that will reveal its beauty and exoticness to those willing to make the effort to notice it.

Nasza trasa wiodła na północ z Sejn przez/Our route led north of Sejny through: Widugiery - Tauroszyszki - Poluńce - Przystawańce - Pełele - Dziedziule - Wiłkopedzie.

Dziewczyny wzmacniają się przed wyjazdem/The girls reinforcing themselves before we set off:



Wieś Widugiery, dawniej zwana Widugirami. Pierwsza wzmianka o niej pochodzi z roku 1642 (w inwentarzu starostwa sejwejskiego). W XVIII w. istniał tu mały, trzywłókowy majątek szlachecki Szulborskich.

The village of Widugiery (Vidugirai), formerly known as Widugiry. First mentioned in the inventory list of the Sejwy starosty (district) in 1642. In the 18th century, the Szulborski family had a small, 50-hectare, estate here.





Tauroszyszki, dom letni spadkobierców profesora Bohdana Urbanowicza (1911-1994), w miejscu, gdzie stała siedziba rodziny Krzyżanowskich, dawnych dzierżawców folwarku Tauroszyszki, z których pochodziła matka profesora.

Tauroszyszki, the summer house of the inheritors of Professor Bohdan Urbanowicz (1911-1994), in the place where there once stood the house of the Krzyżanowski family, the former leaseholders of the Tauroszyszki estate, from which the Professor's mother came.


Pod koniec życia profesor - wybitny artysta, wykładowca warszawskiej ASP, uczestnik kampanii wrześniowej 1939 r. odznaczony Krzyżem Virtuti Militari - zakupił działkę na miejscu dawnego dworczyska i postawił tu stary drewniany domek przeniesiony z Maćkowej Rudy. Po latach niebecności tak wspominał spotkanie z tym miejscem: "Po domu [matki] przetrwały tylko stopnie ganku i krzewy bzów. Pozostał zarys sadu, ograniczonego przez stare drzewa. Sad opadał stromo w dół aż po brzezinę, teraz był zaorany, w wielkich skibach twardej gliny. Przetrwały trzy stawy, już prawie zarośnięte. Odnalazłem wielki kamień nad tym dolnym stawem - to była moja 'świątynia dumania', śmiała się matka".
(I. Baturowa, Przewodnik turystyczny po ziemi sejneńskiej, Suwałki 2001)

Tauroszyszki wzmiankowane są po raz pierwszy również w dokumencie sejwejskim z roku 1642, jako Taurusy, którą to nazwę miejscowi wyprowadzają od turów, które jakoby w większej ilości żyły w tutejszej puszczy. Pozostały z niej nieduże lasanki, wielkie kłody drzew oraz poroża pradawnych zwierząt odnajdywane w ziemi podczas wykopywania rowów melioracyjnych. Wieś była słabo zasiedlona, więc w XVIII w. powstał na jej gruntach folwark Tauroszyszki. Po powstaniu listopadowym wieś dostała się w obręb dóbr rządowych Krasnowo. W 1867 z tych dóbr wydzielono poszczególne folwarki i nadano kilka z nich (w tym Tauroszyszki) "za zasługi" generał majorowi Zajcowowi. Dobra liczyły wtedy dwa dymy, zamieszkałe przez około 50 mieszkańców. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku zostały rozparcelowane. Z centrum folwarku wydzielono resztówkę i kilka kolonii.

Tauroszyszki, cmentarz z I wojny światowej/WWI cemetery:


Na zboczu wzgórza ułożono tarasowo cmentarz, na którym leży ponad pięciuset żołnierzy niemieckich, rosyjskich i polskich. Obecny jego kształt pochodzi z roku 1942. Czterdzieści kamiennych stopni prowadzi na szczyt pod pomnik z napisem "Den gefallenen des Weltkriegs 1914-1918" (Poległym w wojnie światowej 1914-1918).

The cemetery, where over 500 German, Russian, and Polish soldiers lie, is set up in terraces on the hillside. Its present shape dates back to 1942. Forty stone steps lead up to the summit where a monument stands with the inscription 'Den gefallenen des Weltkriegs 1914-1918' (To those fallen in the world war 1914-1918).



Przerwa na piknik/A picnic break:


Poluńce, stary cmentarz/an old cemetery:


Ludwik i/and Julia Kinaitys-Kiwaitys:








Adela Wittlieb, Józef Wittlieb:




Hier ruht in Gott Heinrich Pudemaot, 86 Jahre alt, 10 IV 1932:





Poluńce, oficjalnie powojenny spichlerz ("magazyn zbożowo-nasienny"), ale skąd ta architektura?!
Poluńce, officially a communist-era granary, but the architecture?!














Poluńce to miejscowość położona przy dawnym trakcie z Sejn do Kalwarii (Kalvarija). Wcześnie zaczęto tu wycinanie Puszczy Mereckiej, na której założono osadę, później (ale na krótko) włączoną do włości sejwejskiej. Na gruntach zwanych Swiadkowszczyzną wydzielono niedużą dzierżawę Poluńce z folwarkiem tej nazwy oraz wsiami Poluńce i Przystawańce. W 1. poł. XVII w. starosta sejwejski wydzierżawił ją dworzaninowi i sędziemu brzeskiemu Piotrowi Kochlewskiemu, a po jego śmierci w roku 1644 przejął ją syn Krystian Ambroży. Później wielokrotnie ów mająteczek, zwany szumnie starostwem poluńskim, otrzymywali nowi posesorzy - pomniejsi dygnitarze - za zasługi. W XVIII w. mieli go Lipniccy, potem Michniewiczowie. Poluńce były wówczas dużą wioską: w 1789 r. miały 163 mieszkańców. Po trzecim rozbiorze Prusacy włączyli ją do nowo utworzonej ekonomii Maćkowo. Wówczas osiedliło się tu sporo rodzin wyznania ewangelickiego - Mazurów i Niemców. Po odzyskaniu niepodległości ziemię rozparcelowano. Działały tu wtedy dwie szkółki: niemiecko-polska i litewsko-polska.
(I. Baturowa, Przewodnik...)

Przystawańce:




Pełele:


Dziedziule:










11:53, marslaur
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 sierpnia 2007
Nasze lipy po cięciu/Our lime trees after thinning:



Ostatnio rozmawiałem z matką p. Władysława Klimasary, naszego sołtysa, pani jest rocznik 1920, i przed wojną najmowała się często do roboty w dusznickim majątku. Obok wielu ciekawych rzeczy, których się od niej dowiedziałem - a które mam nadzieję opublikować w niedługim czasie (rozmowa trwała ze 3 godziny, więc jest sporo materiału do przejrzenia) - jest to, że już przed wojną lipy były potężne. Oznacza to, że są o wiele starsze, niż myślałem i że to zdjęcie rodziny Redaków, ostatnich dzierżawców majątku przed wojną, nie zostało chyba zrobione na tle naszych lip:

I recently talked to the mother of Mr Wladyslaw Klimasara, our village leader (soltys), she's 87 years old and before the war often hired herself out for seasonal jobs at the Dusznica estate. Among the many interesting things I learned from her - and which I hope to publish in the near future (the interview lasted for some 3 hours so there's a lot of material to go through) - is that before the war the limes were already massive. This means they are much older than I initially thought and that this photo of the Redak family, the estate's last leaseholders before the war, was not taken in front of our lime trees after all:


Lipa drobnolistna rośnie początkowo bardzo powoli, później wzrost zróżnicowany, ale zawsze umiarkowany; ustaje w wieku 150-180 lat osiągając wysokość około 18 m, a w zwarciu do 28 m. Przyrost grubości może trwać nawet do kilkuset lat.

The small-leave lime (Tilia cordata) initially grows very slowly, then its growth can be varied, but always moderate; it stops at the age of 150-180, achieving up to 18 m in height (up to 28 m in congestion). It can grow in thickness for several hundred years.

(Gottfried Amann, Drzewa i krzewy, seria Flora i fauna lasów, Multico Warszawa 1994)
08:30, marslaur
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 sierpnia 2007
Najbliższy supermarket mamy w Lazdijai (Łoździejach) - kilometrowo bliżej niż do Sejn, a asortyment nieporównanie ciekawszy - litewskie sery, piwo, ryby, pieczywo, warzywa (na przykład imbir, o którym w Sejnach chyba nikt nie słyszał), owoce morza, etc. Tak, Norfa to jest to.

The nearest supermarket is in Lazdijai - it's closer than Sejny, and the product range is incomparably broader - Lirhuanian cheeses, beer, fish, bread, vegetables (ginger, for instance, of which no one seems to have heard in Sejny), seafood, etc. Yeah, Norfa is it.

Najciekawsze jednak, że mają w sprzedaży wiele rzeczy produkcji ukraińskiej, a nawet białoruskiej: piwo, soki (w tym sok z brzozy), konserwy, środki czystości, artykuły gospodarstwa domowego itp.

The most interesting thing, though, is that they carry a lot of Ukrainian, and even Belarussian, products: beer, juices (including birch sap), canned meat, cleaning agents, household appliances, etc.

Piszę o tym dlatego, że Lenka (3 lata i 6 tygodni) bardzo rozwinęła się ostatnimi dniami rysowniczo i właśnie dostała nowy blok:

I write about this because Lenka (who is 3 years and 6 weeks old) has in the recent days made great advances in terms of drawing and today got a new sketching block:



W Polsce tyle się mówi o popieraniu europejskich aspiracji Ukrainy, tyle się ględzi o wciąganiu Białorusi w konstruktywny dialog - a spróbujcie kupić jakiś produkt z tych krajów! Owszem, w delikatesach w Warszawie dostaniecie piwo z Ukrainy - ale wyłącznie na zasadzie ciekawostki, na tej samej półce co piwo z Indii albo Chin. Świadomej polityki w tym zakresie nie ma.

There's so much talk in Poland about supporting Ukraine's European ambitions, about pulling Belarus into constructive dialogue - but try buying a product from these countries here! Sure, in a deli in Warsaw you'll get Ukrainian beer - but solely as a curiosity, on one shelf with beers from India or China. There's no conscious policy in this regard whatsoever.



Być może, że Litwa zachowała więzy gospodarcze z czasów sowieckich - ale chwała jej za to. Dzięki temu ma kontakty, wie, co w trawie piszczy, wie, jak z tymi krajami rozmawiać, jej dyplomacja jest tam obecna, a dla zwyczajnych Litwinów Ukraina i Białoruś są to normalne sąsiednie kraje. W Polsce z kolei postrzega się je jako czarne dziury, mroczne, tajemnicze lądy, miejsca, gdzie mieszkają dzicy ludzie, co to cywilizowanym Polakom nie dorastają do pięt.

It may be so that Lithuania has preserved economic ties from the Soviet era - and all credit to it for that. As a result, it has contacts there, knows what's going on, knows how to talk to those countries, its diplomacy is present there, and for the ordinary Lithuanians, Ukraine and Belarus are normal neighbouring countries. In Poland, they are perceived as black holes, dark, mysterious lands, inhabited by barbarians, much inferior to the all-so-civilised Poles.

I tak oto znowu mści się na nas dominacja spojrzenia "koroniarskiego" nad podejściem "litewskim" - polski nacjonalizm, szowinizm, marzenia o hegemonii i kulturowej misji versus współżycie, współpraca, zrozumienie dla inności, tolerancja.

And so again the domination of the "Crown" perception over the "Lithuanian" one is backfiring on us - Polish nationalism, chauvinism, dreams of hegemony and cultural mission vs. cohabitation, collaboration, understanding for difference, tolerance.

Jest paradoksem, że jedyny w ostatnich latach wielki projekt polsko-ukraiński był możliwy wyłącznie dzięki mediacji Zachodu - mówię o Euro 2012. Na co dzień usłyszymy raczej - jak ujmuje to pan Henryk Jankowski, były ksiądz, dzisiaj przedsiębiorca - że Stocznia Gdańska "przechodzi w ręce narodów, które niejednokrotnie w historii demonstrowały otwartą wrogość wobec Polaków, negowały polskość i tradycje historyczne Rzeczypospolitej. Właścicielami Stoczni Gdańsk, symbolu wolności Polaków, są dziś Żydzi i Ukraińcy. Dosłownie, nie w przenośni".

It is a paradox that the only big Polish-Ukrainian project of the recent years was made possible solely by Western mediation - I am talking about Euro 2012. In Poland, you will rather hear - as Mr Henryk Jankowski, former priest, today an entrepreneur, puts it - that the Gdańsk Shipyard is 'passing into the hands of nations that have historically often demonstrated open hostility towards the Poles, negated Polishness and the Republic's historical traditions. The Gdańsk Shipyard, a symbol of Polish freedom, is today owned by Jews and Ukrainians. Literally, not metaphorically'.

Być może pan Henryk nie uważał na lekcjach, ale tak się składa, że tradycja historyczna Rzeczypospolitej jest dziełem może nawet bardziej Litwinów, Białorusinów i - właśnie - Ukraińców, a także Żydów, niż Polaków. Tradycja ta była bowiem tolerancyjna, otwarta na inność, wieloreligijna, wieloetniczna, z zasady antynacjonalistyczna - a tego w Koronie często nie chciano przyjąć do wiadomości.

Perhaps little Henryk did not pay attention at school, but it so happens that the Republic's historical tradition is something the Lithuanians, Belarussians, and - precisely - Ukrainians, as well as Jews, are responsible for perhaps more than the Poles. That tradition was tolerant, open to others, multi-religious, multi-ethnic, fundamentally anti-nationalistic - and that was something the Crown often refused to acknowledge.

Powtórzmy: bez Ukraińców ("Rusinów"), Białorusinów ("Litwinów") i Litwinów ("Żmudzinów") nie byłoby Rzeczypospolitej. Wystarczy zresztą rzut oka na mapę:

So let us say it again: without the Ukrainians ("Ruthenians"), the Belarussians ("Lithuanians"), and the Lithuanians ("Samogitians"), there would have been no Republic. Suffice to look at the map:


(za/after: P.W. Putzgera, Atlas historyczny do dziejów starożytnych, średniowiecznych i nowożytnych dla uzytku w wyższych i średnich zakładach naukowych, opracowali J. Lewicki i Wł. Bojarski, wydanie VII, Skład główny: Księgarnia Wysyłkowa G. Dorn, Warszawa)

Aha, no i te obiecane rysunki autorstwa Lenki (chwalenie się dziećmi rzecz zwykle irytująca, ale drobny wyjątek może zostanie wybaczony):

Oh, and the promised drawings by Lenka (boasting about your kids' achievements is usually an irritating thing, but perhaps you'll forgive a small exception):


Miś/Bear


Dziecko z zabawką/Child with Toy


16:28, marslaur
Link Komentarze (1) »
środa, 08 sierpnia 2007
Czytam Andrzeja Romanowskiego doskonały Prawdziwy koniec Rzeczy Pospolitej (Universitas, Kraków 2007).

Pisząc o dziedzictwie Rzeczpospolitej Obojga Narodów i o tym, dlaczego się rozpadła, Romanowski cytuje tekst wybitnego historyka emigracyjnego Wiktora Sukiennickiego pt. Polityczne konsekwencje błędu semantycznego:

Gdyby nasi przodkowie z XVI i następnych wieków nie dopuścili się tak brzemiennego w złowrogie konsekwencje błędu semantycznego, gdyby wymyślili jakąś inną nazwę - analogiczną do "Wielkiej Brytanii", "Stanów Zjednoczonych" etc. - w rodzaju "Stanów Zjednoczonych Europy Wschodniej", "Związku Wschodniego" czy "Międzymorza" ("Intermarium"), porozumienie w XX wieku pomiędzy brytyjskim Walijczykiem a "polskim" Ukraińcem czy Litwinem byłoby równie łatwe jak objęcie przez Walijczyka stanowiska brytyjskiego (nie angielskiego!) premiera czy objęcie [stanowiska] prezydenta Międzymorza (a nie państwa polskiego!) przez Ukraińca czy Litwina. Gdyby tylko tak się stało, historia Europy i świata potoczyłaby się zupełnie inaczej.

Moj typ: Unia Wschodnioeuropejska (UWE).


I am reading Andrzej Romanowski's great Prawdziwy koniec Rzeczy Pospolitej [The Real End of the Res Publica] (Universitas, Kraków 2007).

Writing about the legacy of the Polish-Lithuanian Commonwealth and why it collapsed, Romanowski cites the outstanding emigre Polish historian Wiktor Sukiennicki's text The Political Consequences of a Semantic Error:

Had our ancestors from the 16th and subsequent centuries not made the, fraught with ominous consequences, semantic error, had they invented an alternative name - analogical to "Great Britain" or the "United States" - something in the vein of the "United States of Eastern Europe", the "Eastern Union", or "Intermarium", consensus in the 20th century between a British Welshman and a "Polish" Ukrainian would have been as easy as for a Welshman to be appointed the British (not English!) prime minister or for a Ukrainian or Lithuanian to be elected the president of Intermarium (not the Polish state!). If that had happened, the history of Europe and the world would have been completely different.

My proposition: Eastern European Union (EEU).


07:39, marslaur
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 sierpnia 2007
Kilka spojrzeń z dzisiejszego spaceru przez Sejny/A few glances from today's walk across Sejny:






























12:59, marslaur
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 sierpnia 2007
Drobne polskie rolnictwo umiera. Jeżeli sprawy będą dalej szły swoim torem, w ciągu 5-10 lat będziemy świadkami końca czegoś, co towarzyszy nam od setek lat - drobnego indywidualnego rolnictwa, ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu dla krajobrazu kulturowego, komunikacji społecznej, stosunków międzyludzkich oraz, last but not least, jakości tego, co jemy.

Dzisiejsi drobni rolnicy mają po 50-60 lat i ciągną jeszcze tylko siłą rozpędu. Młodzi pouciekali ze wsi w ciągu ostatnich 10-15 lat przerażeni brakiem opłacalności produkcji, brakiem perspektyw i brakiem jakiegokolwiek systemowego wsparcia ze strony państwa. Chociaż nie mówi się tego głośno, oficjalna filozofia brzmi: wygasić. Produkcja rolna jest nieopłacalna - ceny materiałów, paliwa, żywności, podatki i koszty utrzymania potężnie wzrosły za wolnej Polski, a ceny produktów rolnych - spadły. Dopłaty EU są oczywiście jakąś pomocą, ale drobnemu rolnikowi rekompensują jedynie wzrost kosztów utrzymania i produkcji i stanowią zaledwie zasiłek socjalny, z pewnością nie zastrzyk finansowy, który pozwoliłby mu się rozwijać. Na przykład, typowy rolnik na 15 hekatarach dostanie rocznie 10,000 PLN dopłat. Nowa kostkarka do słomy ("snopowiązałka) kosztuje 40,000. A tymczasem drobni rolnicy chcą się rozwijać - oni naprawdę nie chcą jeszcze umierać.

Tymczasem skazani zostali na bankructwo. Już jesteśmy świadkami procesu, który - jeżeli nic się nie zmieni - będzie tylko przyspieszał: drobne gospodarstwa upadają, ziemia przechodzi w ręce bogatego sąsiada albo miastowe. Efektem będzie wieś farmersko-letniskowa. Oddzielone od siebie dziesiątkami kilometrów monotonnych upraw wielkie, kilkusethektarowe farmy, przetykane letniskami, gdzie życie zamiera po 1 września na długie dziesięć miesięcy. Pomyślcie, jak ubogi będzie to krajobraz. Już nie będzie można pójść do sąsiada po jajka albo mleko. Nie będzie pogwarek na ławeczce przed domem. Nie będzie grabienia siana, dojenia krowy, kaczek nad stawem. Zamiast tego będzie farmer w klimatyzowanym traktorze z iPodem na uszach i jego wielka, niedostępna, całkowicie stechnicyzowana farma.

Już dzisiaj wieprzowina, którą kupujecie w supermarkecie (a nawet w mięsnym na rogu), pochodzi najpewniej z jednej z gigantycznych farm stworzonych przez Duńczyków, Amerykanów i Holendrów na północy i zachodzie Polski na terenach dawnych PGR-ów. Tam świnie hoduje się dziesiątkami tysięcy - i zapewniam was, że produkt finalny pozbawiony jest jakiejkolwiek wartości czy energii. Jest to junk food, sztuczna melasa karmiona i pędzona mączką rybno-kostną, faszerowana antybiotykami i hormonami, stłoczona w koszmarnych warunkach na ciasnej przestrzeni, która nigdy nie widziała światła dziennego. Przesiąknięta smrodem własnych odchodów, własnego cierpienia i lęku. Taka świnia zostaje potem przewieziona do rzeźni, gdzie odbywają się sceny tak dantejskie, że nie mogę - toutes proportions gardeez - nazwać ich inaczej niż współczesnym Holocaustem. Świnię usypia się gazem (!), a następnie kroi na żywca, żeby krew nie odpłynęła za szybko i żeby befsztyczek przypadkiem nie był za mało krwisty. Wszystko to oczywiście w warunkach brutalności, obojętności i cynizmu porównywalnych z SS.

Porównajcie to teraz ze świnką hodowaną przez drobnego rolnika - często chodzącą sobie po wydzielonym kawałku łączki przy chlewie, mieszkającą z dwiema czy trzema koleżankami, tuczoną rok zamiast kilka miesięcy jak w chowie przemysłowym, karmioną w większości naturalnym pokarmem. Zostaje zarżnięta na podwórku, jednym krótkim ruchem noża, zanim zdąży się zorientować, co się dzieje.

Dlatego powtarzam moim sąsiadom od samego początku: zamiast produkować wieprzowinę po 3 zł/kg (bo tyle, wierzcie lub nie, im za to płacą), produkujcie domową kiełbasę po 30 zł za kg! Zamiast produkować mleko po 1 zł/kg, produkujcie sery po 10 zł/kg! Powiecie, że to już się dzieje, że sery już są. Może i tak, ale w skali tak mikroskopijnej, że nie ma to żadnego znaczenia dla ogólnego trendu. Poza tym liczy się mięso i wędlina. Tutaj tkwi główny potencjał. Polska to kraj mięsożerców i jeszcze długo się to nie zmieni.

Wyobrażam to sobie tak, że co tydzień, w umówiony dzień, z każdej wioski rusza furgonetka do Warszawy (Krakowa, Łodzi, Poznania...). W środku: kiełbasa, szynka, boczek, kaszanka, salceson, polędwica. Do tego masło, śmietana, twaróg, sery. Jajka. Chleb.

Jedynym wymogiem oficjalnym dla takiej produkcji powinna być pieczątka producenta na każdym produkcie - żeby w wypadku bólu brzucha wiadomo było, kto zawinił - i żeby mogła działać zasada konkurencji.

Efekt będzie dwojaki i synergiczny - miasto przestanie jeść nafaszerowaną chemikaliami i napompowaną polepszaczami żywność, a zacznie odżywiać się towarem pierwszej jakości, naturalnym, wychuchanym, wypieszczonym ręką wiejskiej babci, takim jak za dawnym czasów - i jednocześnie pomoże wsi. Wieś dostanie wreszcie dochód - to, czego nie miała od dawna. Regularny zastrzyk żywej gotówki. Zostanie włączona w obieg gospodarki, zyska perspektywę, stabilność finansową, sens życia - i pomoże miastu.

Bo patriotyzm, widzicie, to nie znaczy, że prawica jest lepsza od lewicy, konserwatyści od socjalistów, katolicy od liberałów. Patriotyzm to znaczy, że ja pomagam tobie, a ty pomagasz mnie. Że ja czuję się odpowiedzialny za ciebie, a ty za mnie. Patriotyzm to łączenie zamiast dzielenia. Tymczasem wewnętrzne polskie przepisy zabraniają rolnikowi produkowania żywności!

Dlatego wzywam was, mieszkańcy miast: żądajcie żywności prosto od rolnika! Z myślą o sobie, o waszych dzieciach i o Polsce. Dzwonek już bije. Jeszcze chwila, a będzie jedli sztuczne duńskie mięso, pili sztuczne francuskie mleko i zagryzali sztucznym szwedzkim chlebem. A "wieś spokojna, wieś wesoła" będzie tylko odległym wspomnieniem, klechdą, bajaniem starców. Wszystko jeszcze można uratować, to jeszcze istnieje - trzeba tylko pokonać opór biurokracji i lobby wielkich producentów - a osiągnąć to można tylko na jeden sposób: żądając żywności prosto od rolnika.

CHCESZ WOLNEJ POLSKI - ŻĄDAJ ŻYWNOŚCI PROSTO OD ROLNIKA!
CHCESZ GODNEGO ŻYCIA - ŻĄDAJ ŻYWNOŚCI PROSTO OD ROLNIKA!
MASZ SWOJE PRAWA - ŻĄDAJ ŻYWNOŚCI PROSTO OD ROLNIKA!


The small-scale Polish farming is dying. If things continue unchanged, over the next 5-10 years we'll witness the end of something that has accompanied us for hundreds of years - small individual farming, with all the consequences of the fact for the cultural landscape, social communication, interpersonal relations, and, last but not least, the quality of the food we eat.

Today's small farmers are 50-60 years old and continue only by the force of habit. The young have fled from the country during the last 10-15 years, frightened by the lack of prospects and the lack of any systemic support from the state. Though no one will say that out loud, the official philosophy is: phase it out. Farming production is unprofitable - the prices of production materials, fuel, food, taxes and charges have all risen massively since the collapse of communism, and the prices of farming products have fallen. The EU direct subsidies are a relief, of course, but for the small farmer they are but a compensation for the rise in production and living costs and represent nothing more than welfare allowance - certainly not an injection of cash that would enable him to develop his business. For example, a typical Polish farmer on 15 hectares will get PLN 10,000 in direct subsidies annually. A new straw baler costs some PLN 40,000. And the small farmers want to develop - they really don't want to die yet.

Yet they have been sentenced to bankruptcy. We are already witnessing a process which - if nothing changes - will only keep accelerating: the small farms are collapsing, the land moving into the hands of the rich neighbour or of people from the city. The result will be countryside divided between big farmers and summer house owners. Huge farms of hundreds of hectares separated by tens of kilometres of monotonous monoculture crops, interspersed with summer cottages after September 1 go into a 10-month hiatus. Think how poor this landscape will be. There'll be no neighbour to buy eggs or milk from. No small-time talk under the old linden tree. No hay raking, cow milking, no ducks by the pond. Instead, you will see, from the distance, a modern farmer in an air-conditioned tractor listening to an iPod and his big, inaccessible, fully technicised farm.

Already today the pork you buy in the supermarket (and even from your local butcher) likely comes from one of the mammoth pig-breeding farms set up by Danes, Americans, or Dutchmen on the sites of former state farms in northern and western Poland. There, pigs are bred by the tens of thousands, and I can assure you the final product is devoid of any value or energy. It is junk food, artificial mass fed and forced with fish- and bone-meal, stuffed with antibiotics and hormones, jammed into a small space, never saying daylight. Filled with the stench of its own faeces, its own suffering and fear. Such a pig is then transported to the slaughterhouse where such horrible scenes take place that I cannot - toutes proportions gardeez - call them anything but contemporary Holocaust. The pig is dazed with gas (!) and then cut alive so that the blood does not drain too quickly - lest your T-bone proves not rare enough. All that, of course, in conditions of brutality, indifference, and cynicism comparable with the SS.

Now compare that with a pig bred by the small farmer - often running freely around a piece of meadow by the pigsty, living with two or three girl friends, bred for a year until it reaches the proper mass rather than for a couple of months, as in industrial breeding, fed mostly with natural fodder. Such a pig is slaughtered in her own yard, with a single thrust of the knife, before she can realise what's happening.

That is why I have kept telling my friends: instead of producing pork for PLN 3 per kg, start making sausage for PLN 30 per kg! Instead of producing milk for PLN 1 per kg, start making cheese for PLN 10 per kg! You'll say the cheese is already there. May be, but on a scale so microscopic it doesn't change the overall trend. Besides, what matters is meat and sausage. This is where the potential lies. Poland is a meat-loving country and it'll long remain this way.

The way I imagine it, every week, on an agreed day, a van goes from every village to the city, carrying sausage, ham, bacon, smoked sirloin, all kinds of cured meat. Plus butter, cream, cottage cheese, curd cheese. Eggs. Bread.

The only official requirement for such production should be the producer's stamp on each product so that, if you have stomach ache, you will know whom to blame - and for the principle of competition to work.

The effect will be twofold and synergic - the city will stop eating the chemicised, artificial, preserver-filled food it is eating, and start nourishing itself instead on first-quality natural produce, lavished care on by the farmer's wife, food like from the days of yore - and will simultaneously help the country. The country, in turn, will finally secure a source of income - something it has not had for a long time. A regular injection of cash. It will be reintroduced to the economic circulation, will gain a prospect for the future, financial stability, a meaningful life - and will help the city.

For patriotism, you see, does not mean that the right wing is better than the left wing, the conservatives are better than the socialists, and the Catholics are better than the liberals. Patriotism means that I feel responsible for you and you feel responsible for me. I help you and you help me. Patriotism means uniting instead of dividing. And yet internal Polish regulations do not allow farmers to produce food!

That is why I am calling you, city dwellers, demand food directly from the farmer! For the sake of yourself, your children, and Poland. The bell is already tolling. Soon you'll be eating artificial Danish meat, drinking artificial French milk, and chewing on artificial Swedish bread. And the 'peaceful, cheerful country' will be but a distant memory, a fairytale, an old man's fable. Everything can still be saved, it still exists - we only have to overcome the resistance of the bureaucrats and the lobby of the big producers - and that can be achieved one way only: by demanding food directly from the farmer.

IF YOU WANT FREE POLAND - DEMAND FOOD DIRECTLY FROM THE FARMER!
IF YOU WANT A DECENT LIFE - DEMAND FOOD DIRECTLY FROM THE FARMER!
YOU HAVE YOUR RIGHTS - DEMAND FOOD DIRECTLY FROM THE FARMER!













A teraz coś z zupełnie innej beczki/And now for something completely different:

19:14, marslaur
Link Komentarze (4) »
niedziela, 05 sierpnia 2007
piątek, 03 sierpnia 2007
czwartek, 02 sierpnia 2007
Lloica Czackis (www.lloicaczackis.com) będzie w Polsce na przełomie sierpnia i września. 1 września zaśpiewa w Starej Synagodze w Sejnach. Szukamy miejsca - w Warszawie, Krakowie lub innym mieście - gdzie mogłaby wystąpić ze swoim recitalem żydowskich tang, ballad i piosenek jazzowych z lat 20-tych i 30-tych z Warszawy, Nowego Jorku i Buenos Aires. W grę wchodzi 2-3 września lub 30-31 sierpnia.
Pradziadek Lloici urodził się w Suwałkach, a jej babka mieszkała w latach 30. w Dusznicy dokładnie w tym samym miejscu, w którym my mieszkamy teraz...

Kontakt do mnie: marslaur(at)gazeta.pl, 887 808 404.


Lloica Czackis (www.lloicaczackis.com) will be in Poland at the turn of August and September. On September 1, she will sing at the Old Synagogue in Sejny. We are looking for a venue - in Warsaw, Cracow, or elsewhere - where she could perform her programme of Yiddish tangos, ballads and jazz songs from the 1920s and 1930s from Warsaw, New York and Buenos Aires. The possible dates are September 2-3 and August 30-31.
Lloica's great-grandfather was born in Suwałki, and her grandmother lived in the 1930s in Dusznica in exactly the same place where we live now...

To contact me: marslaur(at)gazeta.pl, 887 808 404.
07:04, marslaur
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 sierpnia 2007
Przed wojną w Sztabinkach mieszkało 40 rodzin starowierskich, dzisiaj zostały dwa gospodarstwa zamieszkałe przez starowierów - dzieci tam brak, więc rodzinami trudno je nazwać.

There were 40 Old Believer families in Sztabinki before the war, today there are just two farmsteads inhabited by Old Believers - no children there, so I won't call them families.

Jezioro Pirtis, widok z Poćkun/Lake Pirtis, viewed from the village of Poćkuny:


Jezioro Pirtis (Pirczis, Perć, Pyre, na przedwojennej "setce": Vyre) leży na wysokości 131 m n.p.m., ma 15.8 ha powierzchni, 16.9 m maksymalnej głębokości (średniej - 5.5 m), 1050 m długości oraz do 275 m szerokości. Długość linii brzegowej wynosi 2.3 km. Nazwa od litewskiego pirtis (łaźnia).

Lake Pirtis (Pirczis, Perć, Pyre, on the pre-war WIG 1:100000 map: Vyre) lies 131 m above sea level, has a surface area of 15.8 ha, maximum depth 16.9 m (average depth - 5.5 m), 1050 m in length and up to 275 m in width. Shoreline length 2.3 km. The name derives from Lithuanian pirtis (bath).


Poćkuny:



Jezioro Sztabinki, po prawej gospodarstwo starowiera Moskalowa Jana/Lake Sztabinki, the farmstead of Old Believer Moskalow Jan on the right:


Jezioro Sztabinki leży na wysokości 134 m n.p.m., ma 60.5 ha powierzchni, głębokość maksymalna 27.8 m (średnia - 5.6 m), długość 2 km, szerokość do 570 m, długość linii brzegowej 4.9 km. Nazwa wywodzi się z języka jaćwieskiego i znaczy kamienne.

Lake Sztabinki lies 134 m above sea level, has a surface area of 60.5 ha, maximum depth 27.8 m, average depth 5.6 m, 2 km in length, up to 570 m in width, shoreline length 4.9 km. The name derives from Yotvingian and means 'stony'.

Na cmentarzu starowierskim w Sztabinkach/At the Old Believer graveyard in Sztabinki:


















Zdjęcie zrobione przez Tolę (lat 5)/Photo made by Tola (age 5):



09:11, marslaur
Link Dodaj komentarz »