Nasze życie we wsi Dusznica na pograniczu polsko-litewskim Our life in the village of Dusznica on the Polish-Lithuanian borderland
web stats stat24
RSS
czwartek, 28 września 2006
W międzyczasie odwiedził nas Daisuke Nakanishi, ten Japończyk, który od 1998 roku podróżuje rowerem po świecie. Był już właściwie wszędzie, przejechał 100 000 kilometrów, najbardziej lubi Amerykę Południową, szczególnie Chile, oraz Szwajcarię. Nie kocha USA ('everybody hate everybody'), w Polsce irytują go 'crazy car drivers' i tiry. Był ostatnio na Białorusi (ale tylko 3 dni, bo na tyle dostał wizę), podobało mu się, friendly people, przenocował u nas, a rankiem pomknął dalej, do Wilna, a potem do Rygi. Przed zimą chciałby zdążyć odwiedzić St. Petersburg i Moskwę, zanim powróci w zimowe leża na południu kontynentu. Cichy chłopina, grzeczny, szybciutko uformował dla dziewczyn dwa origami - żabę i żurawia - i było nam bardzo miło. Szerokiej drogi, Daisuke, niech twój welocyped mknie śmiało naprzód!

www.daisukebike.be

http://home.att.ne.jp/orange/Toshi/






19:12, marslaur
Link Komentarze (1) »
środa, 27 września 2006
sobota, 23 września 2006
Taka drobna uwaga. Kiedty słyszę, że w Polsce jest bardzo wysokie bezrobocie, to mnie śmiech bierze. Znalezienie człowieka do pracy na prowincji jest bardzo trudne, jeżeli nie niemożliwe. Ci, którzy nie piją, zwykle już u kogoś pracują, albo wyjechali do roboty do Anglii czy Niemiec. Sporo ludzi z naszego regionu pracuje też w krajach bałtyckich, gdzie zarobki są o wiele lepsze (ostatnio ekipa mojego majstra zarobiła po 2500 na głowę za 2 tygodnie pracy w Estonii - zwykli budowlańcy!). Statystyki bezrobocia nabijane są niemal wyłącznie przez fakt, że status bezrobotnego daje darmowe ubezpieczenie zdrowotne. Jak mówi mój dwudziestoparoletni sąsiad, jest to jego, cytuję, "obowiązek", żeby co miesiąc pojechać do pośredniaka i podpisać (całkowicie fikcyjną) "gotowość". Kiedy mu powiedziałem, że to nie jego obowiązek, ale przywilej, chyba nie wiedział, o czym mówię. Nawiasem mówiąc, ktoś mógłby wreszcie policzyć, ile nas kosztuje to fikcyjne bezrobocie.

Tymczasem pracodawcy narzekają na brak rąk do pracy, na ogłoszenia nikt się nie zgłasza, zostali ci, którym się nie chce, albo pijaczki, które dzisiaj w pracy są, ale jutro już ich nie będzie. Jedynym wyjściem - i to politycznie wielce korzystnym - byłoby wpuszczenie Białorusinów i Ukraińców - miliony chętnych i tanich robotników. Korzyści, jakie takie rozwiązanie przyniosłoby polskiej polityce wschodniej, wydają się oczywiste. Przydałaby się chyba jakaś kampania w tej sprawie. Dzisiaj nawet na prowincji trudno znaleźć chętnego na robotę sezonową za 1000 miesięcznie. Tysiące łatwo adaptujących się sąsiadów zza granicy rozwiązałoby sprawę, zaskarbiło nam też wdzięczność tamtejszych, biednych, społeczeństw. Zapomnieliśmy już, jak my byliśmy w tej samej sytuacji kilkanaście lat temu? Jakże bardzo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Teraz to my jesteśmy nuworysze i na jakichś tam pariasów patrzeć nie chcemy. A czas leci... Rosja nie czeka. Gospodarka też sama nie pójdzie do przodu. Gastarbeiterów nam trzeba!
07:12, marslaur
Link Dodaj komentarz »
Wczoraj założona. (Dla niewtajemniczonych - to ta pozioma belka na samej górze biegnącą dookoła całej konstrukcji). Teraz krokwie.

06:35, marslaur
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 września 2006
Biorąc pod uwagę, że ostatni raz technologia ta była używana dobre 40 lat temu - a w tej postaci (Niemcy wypełniali pruski mur cegłami, nie gliną, a "klasyczna" glinobitka nie używa szkieletu drewnianego) zapewne nigdy - jest to z pewnością eksperyment... Oryginał zmodyfikowaliśmy nieco, zastępując konie (używane do mieszania gliny ze słomą) - sowieckim spychaczem marki Kazachstan.
Glina jako budulec ma wszechstronne zalety, m.in. oddycha, jest odporna na pleśń, grzyby, owady, utrzymuje optymalną wilgotność w pomieszczeniach, nie przylega do niej kurz etc.
Wkrótce eksperymentów ciąg dalszy (słoma jako ocieplenie, bloczek gliniany jako ściana elewacyjna)...
















11:01, marslaur
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 04 września 2006
Przez krainę pustą a dziką jechaliśmy do Paezeriai (Pojeziorów) koło Vilkaviskis (Wyłkowyszek). Droga prowadziła przez Lazdijai (Łoździeje), Kalvariję, Grażiskai (Graużyszki). Okolice puste, ogromne połacie pól, pastwisk i nieżytków, gdzieniegdzie tylko gospodarstwo, najczęściej biedne i podupadłe. Teren pofałdowany, z licznymi wysoczyznami, skąd niezwykle rozległe, oszałamiające wręcz widoki. Była to pierwsza nasza wyprawa tak daleko w głąb litewskiego interioru, ok. 100 km od domu, i z każdym kilometrem w sercu rósł niepokój człowieka rzuconego w sam środek terra incognita. Odczuwałem silne poczucie obcości, to już nie była nasza dobrze znajoma Dzukija, gdzie prawie każdy mówi po polsku, gdzie do domu jest tylko rzut beretem. Oczywiście w jakiejś części było to uczucie spowodowane tym, że jechaliśmy autem, zależni od kapryśnej przecież maszyny. Kiedyś mam nadzieję powłóczyć się po Litwie autobusem, nieśpiesznie, bez obciążeń psychicznych, nie musząc nigdzie zdążyć.


Ten Jezusek taki mały, a te symbole solarne takie wielkie... Jak tu nie kochać tego kraju... Ostatni bastion pogaństwa w Europie.


Barokowo-klasycystyczny pałac z końca XVIII w., zbudowany przez Maksymiliana Gawrońskiego wg projektu wileńskiego architekta Marcina Knackfussa.
Obok dawna karczma, później oficyna, z romantyczną neogotycką basztą z boku:


W pobliżu pałacu okazały dąb:









19:40, marslaur
Link Dodaj komentarz »