Nasze życie we wsi Dusznica na pograniczu polsko-litewskim Our life in the village of Dusznica on the Polish-Lithuanian borderland
web stats stat24
RSS
sobota, 29 września 2007



A tak w ogóle to zwieźliśmy już drzewo/Firewood already under roof:

Trochę tego jest: jakieś 8 metrów od lewej do prawej, 4 metry w głąb i prawie półtora w górę...
There's a bit of it: some 8 metres from left to right, 4 meters deep, and close to 1.5 m up...
19:18, marslaur
Link Komentarze (1) »
środa, 26 września 2007
Chciałbym w tym miejscu podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do powstania obiektu, a byli to:

Władysław Klimasara
Józef Szydłowski
Józef Margiewicz
Arwidas Klimasara
Arturas Klimasara

oraz
Ireneusz Sankowski i zespół
Stanisław Mełeżyk





19:58, marslaur
Link Komentarze (2) »
wtorek, 25 września 2007
poniedziałek, 24 września 2007
Zamiłowanie Litwinów do koloru widać na każdym kroku. Nie wiem, skąd bierze się ich smak estetyczny, ale jest on faktem. Po Polsce, gdzie otynkowany dom jest rzadkością, a najczęściej spotykaną barwą jest szarość betonu - cóż za odmiana!

The Lithuanians' love for colour is visible at every turn. I don't know where their aesthetical taste comes from, but it's a fact. After Poland, where a plastered house is a rarity, and the colour you're most likely to encounter is the greyness of concrete - what a difference!

Wszystkie zdjęcia z Łoździej i okolic/All pictures from Lazdijai and thereabouts.














17:13, marslaur
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 września 2007
środa, 19 września 2007
Zaczęliśmy kryć. Pracując przez cały dzień z moimi litewskojęzycznymi sąsiadami, miałem kilka refleksji. Dwie z nich wydają mi się najistotniejsze.

Po pierwszy, mówiąc skrótowo, mniejszość narodowa jako tajne stowarzyszenie. Nie w sensie spiskowym, oczywiście, ale w sensie antropologicznym - jako stowarzyszenie inicjowanych (wtajemniczonych). Jego podstawowym wyróżnikiem jest język. Znajomość "tajnego języka" oznacza przynależność do specyficznej wspólnoty, uzywającej sobie tylko znanych kodów, metafor, idiomów. Narodowa większość nie ma w istocie żadnego dostępu do świadomości tej wspólnoty, która, ex definitione, jest nieprzekładalna. Szczególnie kiedy mówimy o języku takim jak litewski, który dla Polaka jest praktycznie niemożliwy do rozszyfrowania (w odróżnieniu, do pewnego stopnia oczywiście, od języków słowiańskich).

Dlatego kiedy moi sąsiedzi w pewnym momencie zaczynają mówić do siebie po litewsku (i ciągną tak już przez cały dzień) przeszywa mnie coś w rodzaju mistycznego dreszczu - oto jestem świadkiem tajemnego rytuału, niby pradawnego obrzędu. Zarazem obserwuję rodzaj transformacji - ci "zwykli ludzie" zyskują nagle dodatkowy wymiar, nieznaną wcześniej głębię, stają się fascynujący. Wiąże się z tym słodko-gorzkie poczucie obcości - chociaż praktycznie nie mam pojęcia, o czym w danym momencie mówią, mam świadomość bycia dopuszczonym do eksluzywnej wspólnoty.

Jest to gigantyczne uczucie, a wzmacnia je dodatkowo fakt wspólnego pracowania. I to jest ta druga refleksja - wartość pracy fizycznej. Praca fizyczna, robota, jest czymś, czego brakuje dzisiaj mieszkańcom miast - mówię oczywiście o klasie średniej, pozostaje natomiast codziennym doświadczeniem mieszkańców wsi. Do tego jest to praca na powietrzu, pod gołym niebem, pośród przyrody - i znowu jest to uczucie, którego nie da się porównać z żadnym innym. Dwie podstawowe formy pracy na wsi - rolnictwo i budowanie.

Pierwszy związany jest z ziemią - jest miłosną integracją z pramatką planetą, fizycznym obcowaniem z najbardziej elementarnym z żywiołów, a zarazem formą medytacji - ty, traktor i pole do zaorania. Ukorzenia, uspokaja, osadza, równoważy, daje fundament.



Budowanie, z kolei - a na wsi generalnie każdy buduje (się) sam - wiąże się z niebem (choć nieodzownie wyrasta z ziemi), jest ruchem skierowanym ku górze, jest wznoszeniem się, pokonywaniem grawitacji, jest aktem strzelistym. Buduje, uwzniośla, raduje, wyzwala, uskrzydla.

Dla kogoś takiego jak ja, pracującego umysłowo, praca fizyczna jest więcej niż odpoczynkiem - jest terapią, czymś w rodzaju egzystencjalnego dopełnienia, dającego poczucie nieledwie pełni, a zarazem jest twórczością, wspólnym działaniem dającym doświadczenie kontaktu z drugim człowiekiem. Satysfakcji z własnoręcznie wbitego sześciocalowego gwoździa naprawdę nie da się z niczym porównać.






(Ciąg dalszy oczywiście nastąpi)
10:39, marslaur
Link Komentarze (3) »
niedziela, 16 września 2007


Król Borowik Prawdziwy szedł lasem
Postukując swym jedynym obcasem
A ze złości brunatny był cały,
Bo go muchy okropnie kąsały...
17:03, marslaur
Link Komentarze (2) »
czwartek, 13 września 2007
Jako się rzekło, po przekroczeniu granicy Hołnianka (lit. Alna) wpada do jeziora Zapsis (Zopsie). Zanim to jednak uczyni, przepływa przez wieś Kuciunai (Kuciuny).

As we said before, after crossing the border, Alna (Polish: Hołnianka) flows into lake Zapsis. Before it does so, however, it flows through the village of Kuciunai.

Między Miskiniai i Kuciunai/Between Miskiniai and Kuciunai:



Mostek, a właściwie przepust, w Kuciunach nie jest szczególnie malowniczy/The bridge, or rather culvert, in Kuciunai isn't particularly picturesque:





Z jeziora Zopsie rzeczka wypływa już jako Zopsia (Zapsis). Wkrótce potem przecina szosę Kuciunai-Petroskai/From lake Zapsis the river flows out as Zapsis. Soon thereafter it crosses the Kuciunai-Petroskai road:







Prawdziwie urocze miejsce znajdziemy skręcając w prawo na skrzyżowaniu nieopodal. Jesteśmy zaledwie kilometr od granicy, po drugiej stronie jeziora Balandis (Bałądź), niedaleko wsi Kalidziskiai (Kolendziszki)/A truly charming place we'll find by turning right at the junction ahead. We're just a kilometre from the border, on the other side of lake Balandis, near the village of Kalidziskiai:









Wracamy do skrzyżowania i jedziemy dalej główną drogą do Petroskai. Wkrótce docieramy do skrętu na Briniai, gdzie stoi ładna kapliczka/We go back to the junction and drive down the main road to Petroskai. Soon we reach the turn to Briniai where we see a pretty roadside shrine:


Nieco niżej Zapsis spiętrza się/A bit further down the road, Zapsis is banked up:





Kilometr dalej, również w Pazapsiai (Pozopsiu), kolejny mostek, a raczej kładka/Half a mile from there, also in the village of Pazapsiai, another bridge, or rather a footbridge:





Jeszcze mostek-przepust na północ od Aradnykai, zaraz potem Zopsia wpada do jeziora Wiejsieje (Vieisieis)/The bridge/culvert north of the village of Aradnykai, not far from there Zapsis flows into lake Vieisieis:



Na południe od Pozopsia/South of Pazapsiai:

Przychodzi mi do głowy, że tu przecież nie chodzi o ten krzyż, tylko o tę sosnę! Krzyż jest tu tylko dodatkiem dodającym prawomocności realnemu obiektowi kultu. To samo odnosi się do przydróżnych kapliczek i krzyży: one oznaczają miejsca mocy, które przecież są o wiele starsze niż chrześcijaństwo (szczególnie w przypadku Litwy, najpóźniej schrystianizowanego państwa Europy)/It occurs to me that it is not the cress that matters here but the tree! The cross is but a supplement, adding legitimacy to the actual cult object. The same applies to the roadside shrines and crosses, which, after all, are much older than Christianity (especially in Lithuania, the last European country to be Christianised).

Na koniec parę obrazków z Miskiniai i Kuciunai/Before we go, a handful of images from Miskiniai and Kuciunai:







18:50, marslaur
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 września 2007
Swoją drogą wcześnie, ale co powiecie na to, że dzisiaj mieliśmy pierwszy przymrozek?

It's early this year, okay, but what do you say to the fact that we had the first ground frost tonight?










A na koniec jeszcze coś z cyklu "legendarne polskie marki"/And for the end, something from the 'legendary Polish brands series':






19:56, marslaur
Link Komentarze (6) »
niedziela, 09 września 2007



Zmieniając nieco ton: przeczytałem ostatnio, że "Jezusa zabili Żydzi". Pomijając tutaj całą - skądinąd fundamentalną - kwestię, dlaczego polscy katolicy w to wierzą - albo dlaczego młody polski katolik, który o tym pisze, jest przekonany, że w to wierzą - chciałbym rzecz sprostować.

Otóż Jezusa zabili nie Żydzi, lecz ludzie. Był przecież Żydem, zabili go więc jego rodacy - bogobojni, dobrzy, zwyczajni ludzie. Społeczeństwo. Albo: sąsiedzi.

Dokładnie tak samo, jak zabiliby go dzisiaj, gdyby się pojawił: samozwańczy prorok, głoszący się synem Boga, przestający z grzesznikami i zabraniający ukamienować cudzołożnicę, odrzucający władzę kościelnej hierarchii (dla niepoznaki nazywanej "faryzeuszami"). Naruszający status quo panującej religii. Nikt nie śmiałby go bronić. Jak wtedy, wybraliby - wybralibyście? wybralibyśmy? - Barabasza.

--------------------------------

On a different note: I've read recently that 'Jews killed Christ'. Ignoring the whole - otherwise fundamental - issue of why Polish Catholics believe this - or why the young Polish Catholic writing this believes they do - I'd like to  put the thing right.

Well, Jesus was killed not by Jews but by people. He was a Jew, so he was killed by his compatriots - God-fearing, decent, ordinary people. Society. Or: his neighbours.

Just as they would kill him today if he showed up: a self-proclaimed prophet, calling himself the son of God, spending his time with sinners and forbidding community members to stone an adultress, rejecting the authority of the church hierarchy (misleadingly referred to as the 'pharisees'). Undermining the status quo of the dominant religion. No one would have the courage to defend him. Like then, they would - you would? we would? - choose Barabas.



10:24, marslaur
Link Komentarze (5) »
piątek, 07 września 2007
Uważni czytelnicy pamiętają pewnie, że w trakcie jednej z naszych wypraw odkryliśmy (wpis tutaj) majątek Moskiewszczyzna niedaleko Słobódki (skręcić na Puńsk i od razu w lewo). Piszę "odkryliśmy" z czystym sumieniem, bo miejsce nie występuje ani w "Polsce egzotycznej" G. Rąkowskiego ani nawet w "Przewodniku po ziemi sejneńskiej" I. Baturowej!

Jakiś czas potem odezwał się do mnie p. Łukasz Kopliński, prawnuk Antoniego Sobotki, ostatniego właściciela majątku. Od niego dowiedziałem się, że p. Antoni nabył majątek, liczący łącznie 94 ha ("dwie osady włościańskie pod numerami pierwszym i drugim we wsi Moskiewszczyzna i dwie osady pod temiż numerami we wsi Słobódka"), w sierpniu 1926 roku od Szai Kisrniańskiego, syna Lepera, za sumę dolarów amerykańskich 7944, to jest złotych 71 337.

Dla zobrazowania realiów zacytuję jeszcze kilka paragrafów z aktu notarialnego:

paragraf 2)
Nabywca z zakupionego przez siebie majątku, obowiązany dać sprzedawcy i dostarczyć swemi koniami do miasta Suwałk jedną furę parokonną drewna opałowego, trzy fury torfu, ponadto dostarczyć swemi podwodami do tegoż miasta wszelkie ruchomości domowe ostatniego i przenieść jego rodzinę.

paragraf 3)
Ordynację dla służby folwarcznej i parobków nabywca obowiązany wydawać od dnia piętnastego sierpnia roku bieżącego, pensję zaś od dnia pierwszego lipca tegoż roku, a do tych (...) obowiązany wydać służbie folwarcznej i parobkom nieotrzymane przez nich, zaległe do dnia piętnastego sierpnia roku bieżącego, pszenicę, groch i jęczmień.

(...)

paragraf 5)
Obecną służbę folwarczną nabywca ma utrzymać do dnia pierwszego kwietnia roku tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego.

Dzięki uprzejmości babci p. Łukasza, Ireny z domu Sobotko, córki p. Antoniego Sobotko, uzyskaliśmy zgodę na publikację zdjęć z rodzinnego albumu przedstawiających przedwojenną Moskiewszczyznę. Niniejszym składamy za to serdeczne podziękowanie.

Warto również wspomnieć w tym miejscu, że Serafin Sobotko opisywany przez Andrzeja Matusiewicza w Jaćwieży nr 36/2006 w artykule o majątku Sosnowy Grąd (przy półwyspie na zachodnim brzegu jeziora Szelment) to rodzony brat Antoniego.

Zanim przejdę do obiecanych zdjęć, oto dla porównania kilka ujęć współczesnych:


Dwór.


Stajnia/obora.


A teraz cofnijmy się w czasie o siedemdziesiąt lat:








Antoni Sobotko ze swymi córkami: Ireną (z lewej) i Haliną.


Bronisława Sobotko, z tyłu  Halina i Irena.






Dom robotników.





Antoni.


Bronisława.






11:28, marslaur
Link Komentarze (2) »
czwartek, 06 września 2007
Tablica pamiątkowa przy dawnej strażnicy w Galiniai (Galińcach), na północnym krańcu jeziora Gaładuś/Memorial tablet near the former border guard post in Galiniai, on the northern tip of lake Galadusys:



Jak wiemy z historii (poniższe informacje cytuję niemal in extenso za: Tomasz Krzywicki, Litwa, Rewasz, Pruszków 2005), Litwa zachowała formalną niepodległość jeszcze przez kilka miesięcy od rozpoczęcia II wojny światowej.

18 września oddziały sowieckie wkroczyły do Wilna. 19 września, w chwili zajmowania przez Armię Czerwoną obszaru Wileńszczyzny, rząd litewski oświadczył, że "tereny te zamieszkane są przez ludność litewską i Litwa posiada prawo do tego terytorium". Rząd sowiecki pozytywnie ustosunkował się do  tego oświadczenia i obiecał przekazać Wilno i Wileńszczyznę Litwie.

Polskie wojsko wycofało się z Wilna prawie bez walki i przeszło na terytorium Litwy, gdzie żołnierze zostali internowani.

10 października 1939 Litwini zmuszeni byli podpisać z Moskwą układ, na mocy którego Rosjanie "przekazali" Litwie Wilno i Wileńszczyznę, lecz w zamian za to zainstalowali swoje bazy wojskowe w Nowej Wilejce (Naujoji Vilnia), Olicie (alytus), Prenach (Prienai), Gajżunach (Gaiziunai), na lotnisku Porubanek w Wilnie i innych 7 lądowiskach.

W czerwcu 1940 Mołotow przekazał ministrowi spraw zagranicznych Litwy Urbsysowi ultimatum, z którego wynikało, że w ciągu 9 godzin Litwa ma zgodzić się na wejście i stacjonowanie na swoim terytorium kolejnych oddziałów radzieckich oraz sformować nowy proradziecki rząd. Rząd litewski przyjął ultimatum. Oddziały radziecki przekroczyły granicę litewską na całej długości. Zajęły Wilno, Kowno, Poniewież (Paneveżys), Rosienie (Rasieiniai) i Szawle (Sauliai). Prezydent Smetona potajemnie opuścił kraj. Rozwiązano sejm.

Latem 1940 r. Litwa, wskutek sfałszowanych wyborów (14 lipca) do tzw. Sejmu Ludowego i "prośby" o włączenie do ZSRR, została przyłączona do Związku Radzieckiego (3 sierpnia).

Zapanował sowiecki terror. W czerwcu 1941 r. Sowieci wywieźli do łagrów ponad 12,5 tys. osób. W całym okresie okupacji sowieckiej (1940-1941) na terenie Wilna i Wileńszczyzny, władze sowieckie aresztowały i deportowały w głąb ZSRR ok. 100 tys. Polaków.

--------------------------------------

I jak tu teraz myśleć o powyższej tablicy? (Zaraz obok, na wzgórku, znajduje się również pomnik). Czyli Rosja nie wstydzi się i nie żałuje okupacji Litwy w roku 1940? Wręcz przeciwnie, przyznaje się do niej na tyle jawnie, żeby negocjować z niepodległą Litwą (tablicę i pomnik wystawiono w roku 2006) właśnie taką treść pamiątkowej tablicy - mówiącą o "sowieckich pogranicznikach"? Coś jakby Niemcy chcieli wystawić w Polsce tablicę upamiętniającą swoich żołnierzy poległych w ataku na ZSRR. Zwróćmy zresztą uwagę na treść napisu litewskiego - tutaj słowo "sowiecki" nie pada, mamy tylko "pograniczników". Jakich argumentów musiała użyć Rosja, żeby tablica znalazła się na swoim miejscu? Wynikiem jakiej polityki - polityki historycznej przecież - jest tablica upamiętniająca "sowieckich pograniczników" pełniących służbę na granicy litewskiej w czerwcu 1941 r.?
19:43, marslaur
Link Komentarze (1) »
środa, 05 września 2007
Tutaj zamieszczam:

1. Wg księgi hipotecznej, właścicielami majątku Dusznica od roku 1913 byli: Abram Efron w 2/4 (zmarł 1920), Leja z Finków Dusznicka (żona Mojżesza Mejerowicza Dusznickiego) w 1/4 i Etta z Dusznickich Frydmanowa (siostra rzeczonego) w 1/4.

2. Według Pedro Czackisa Enoch był synem Abla Redaka, jednak z jakichś powodów dokument notarialny z roku 1928 wymienia Chaima jako dzierżawcę majątku.

3. Obok pani Marianny w majątku pracowała również jej matka, Ludwika z Kądzielewskich.

4. Stanisław Mełeżyk z Dusznicy mówi, że Redakowie mieli gdzieś dobry zbyt na ogórki i dlatego hodowali je na taką skalę.

5. Pan Mełeżyk opowiada, jak to wieczorem po robocie jego ojciec, Aksencjusz, lubił usiąść na ławeczce z żoną Plitnika ("grubą babą") i śpiewać piosenki, a jego żona, Jurata, przybiegała z rózgą i goniła go do domu.

6. Jurgis Skripka (Jerzy Skrypko) z Dusznicy (1911-2007) zapamiętał imię Konki jako Auzer. Dokumenty notarialne wymieniają niejakiego Auszera Rubinowicza jako mieszkańca i współwłaściciela (wierzyciela) majątku Dusznica w roku 1879 – mógł to być zatem ojciec Konki. Pośród pozostałych wierzycieli byli Mejer Zilbertan i Mendel Burak (informacja od Ireny i Wojciecha Baturów).

7. J. Skripka: „Jeżeli komuś na wiosnę zabrakło paszy, to zaraz szedł do Auzera Konki, jeśli zboża zabrakło – znów do Konki, jeśli po pieniądze – także do Konki”, w: E. Petruskevicius, ‘Car za daleko, Bóg za wysoko’, Ausra 5/1998, s. 20-23.

8. "Księga Adresowa Polski dla Handlu, Przemysłu, Rzemiosł i Rolnictwa" na rok 1929 wymienia Dusznickiego w Sejnach jako właściciela herbaciarni. Wymienia również sześciu piekarzy, jednak żaden nie nazywa się Dusznicki.

9. Mogło to mieć związek z reformą rolną uchwaloną przez Sejm w 1925 r. Parcelacji podlegały grunty państwowe oraz przekraczające 60 ha w okręgach przemysłowych i podmiejskich oraz 180 ha na pozostałym obszarze państwa. W woj. wschodnich norma ta mogła być podniesiona do 300 ha, w stosunku do majątków uprzemysłowionych – do 700 ha.

Według Jurgisa Skripki (informacja z wywiadu przeprowadzonego przez Irenę i Wojciecha Baturów), „Dusznicki 100 morgów zostawił sobie, 100 morgów dał Redakowi, a 40 Konce. Konka więcej nie wziął, bo już miał 40”.

10. Jan Margiewicz z Dusznicy (Kalwiszek) opowiada inną historię: że to jego ojciec przechowywał Enocha przez jakiś czas u siebie w domu, a potem wywiózł go do Łoździej furmanką, schowanego pod siedzeniem woźnicy.

15:41, marslaur
Link Komentarze (2) »

Panią Mariannę Klimasarową odwiedziliśmy w jej domu w Sejnach z Pedro Czackisem i jego siostrą Boni. Mimo swoich 88 lat, pani Marianna ma niebywałą pamięć do nazwisk i żelazne zdrowie. Jakiś czas wcześniej, będąc z wizytą u syna w Dusznicy, spadła ze schodów, ale poleżała tylko tydzień w łóżku, po czym wstała jak gdyby nigdy nic i pojechała do domu.


Pedro, pani Marianna, Boni.


Oto jej opowieść:

Nazywam się Marianna Klimasara z domu Pietruszkiewicz. Urodziłam się w roku 1919 we wsi Dusznica w rodzinie litewskiej.


Rodzinny dom pani Marianny.

Redakowie mieszkali w majątku Dusznica, od kiedy pamiętam. Żadni Duszniccy nigdy w majątku nie mieszkali. Dusznicki zaczął uprawiać część ziemi, ale to dopiero później[1].

Gospodarz, pan Redak, był to wysoki, mocno zbudowany mężczyzna o rudych włosach i wąsach, bez brody. On i jego żona mieli troje dzieci; byli to: Enak (Enoch), garbusek, który w moich czasach miał około dwudziestu lat, Mulko (Szmulik), lat około dwudziestu pięciu, oraz trzeci syn, który mieszkał w Białymstoku i czasem tylko przyjeżdżał w gości[2].

Mulko miał charakterystyczną cechę: brakowało mu jednego palca, który obciął sobie, żeby uniknąć pójścia do wojska.

Redakowie rozmawiali między sobą w jidysz, znali też polski i litewski.


Od lewej: Enoch Redak, Abel Redak, Chaja Redak, Samuel Redak. Dusznica, rok 1928.

Rodzina Redaków, Dusznica, rok 1928. W środku: Wolf (Zev) Redak. Z prawej: Chaim Redak. Pierwsza z prawej matka Pedro Czackisa, Leja, córka Mejera Piwowarskiego, fotografa i aktora teatralnego z Suwałk i Chany z Redaków.

W majątku nie było żadnych małych dzieci, poza dziećmi robotników folwarcznych. W kamiennym budynku koło rzeczki mieszkało sześć rodzin robotników. Było tam zimno, ciemno i wilgotno, a do ogrzewania mieli tylko dwa prymitywne piece, jeden z każdego końca budynku.


Wykaz robotników majątku Dusznica. W środkowej kolumnie liczba członków rodziny. Powierzchnia budynku: ok. 150 m2.


Pracowałam w folwarku – wykonując prace sezonowe głównie latem i jesienią – od wczesnej młodości. Lubiłyśmy[3] pracować w majątku, ponieważ mieszkaliśmy niedaleko i dlatego że Redakowie zawsze płacili robotnikom na czas, co w owych czasach wcale nie było takie oczywiste. Z czasem zżyłyśmy się mocno z gospodarzami i z pozostałymi robotnikami.

Za kopanie kartofli od rana do wieczora dostawałam osiemdziesiąt groszy albo złotówkę, albo kopę ogórków. Redakowie mieli wielkie ogrodzone pole ogórków między domem i stodołą i często płacili ludziom w ogórkach. Miejscowi nie hodowali ogórków, bo nie umieli[4]. Brali ogórki głównie na kiszenie na zimę. Za złotówkę można było kupić kilo cukru, więc można sobie wyobrazić, jak ciężko nam było. To była bieda.


Rodzina Redaków, wczesne lata 20-te.

W majątku było sześć par koni – każdy z robotników miał przydzieloną jedną pod opiekę – i kilkadziesiąt krów. Każdego ranka gospodarz odstawiał mleko do mleczarni w Sejnach. Resztę odwirowywali w centryfudze i gospodyni robiła masło i ser, który sprzedawała ludziom z okolicy w tzw. „sernikach”, zawiązywanych, podwójnych woreczkach płóciennych.

Pamiętam, jak umarł mój dziadek i matka przysłała mnie do dworu, żebym kupiła cztery czy sześć tych serków na „różaniec” czyli czuwanie.

Mieli kierat na cztery konie, który napędzał młockarnię i po żniwach tygodniami młócili zboże, którego potem była cała ogromna stodoła.



Enak, garbus, kręcił się po folwarku i pilnował robotników. Był fizycznie niepełnosprawny i tylko w ten sposób mógł się przydać.

Redakowie mieli rządcę, niejakiego Plitnika[5], który miał pod sobą wszystkich robotników. Każdego ranka odbierał polecenia od pana Redaka, a następnie szedł do robotników, budził ich i mówił, co danego dnia będą robić.

Po zakończeniu jesiennych prac, robotnicy brali się za gromadzenie drewna i kopanie torfu na opał na zimę – dla dworu i dla siebie. O tej porze roku często płacono im zbożem.

Mieszkańcy dworu zwykle obchodzili szabat sami w domu, czasem jednak gdzieś wyjeżdżali, albo ktoś przyjeżdżał do nich na szabat. Jeżeli spędzali szabat poza domem, to zwykle wyprawiali się bryczką w piątek po południu i wracali w niedzielę rano. Wydaje mi się, że jechali do Sejn. Moja matka często zapalała im świece po tym, jak wydoiła krowy w piątek wieczorem. Mój mąż, Adam Klimasara, pasł gęsi u Redaków i zawsze w piątek przynosił „szabasówkę” [macę], pyszną białą bułkę cienką, którą dostawał od gospodyni.


Obiekt znaleziony w roku 2006 w starej piwnicy na terenie majątku.

Pan Redak i jego żona to byli bardzo dobrzy ludzie, zawsze elegancko ubrani, uprzejmi, porządni i czyści gospodarze. Ludzie lubili dla nich pracować i chętnie kupowali nabiał od pani Redakowej.

W Dusznicy żyły jeszcze dwie rodziny żydowskie – Rubinowicze i Chmielewscy. Hona [właśc. Honel] „Konka” Rubinowicz[6] był to bogaty gospodarz, który mieszkał w wielkim drewnianym domu na wzgórzu około kilometra na zachód od majątku. Chociaż był to dobry i porządny człowiek[7], chodził zawsze w brudnym roboczym ubraniu, a jego obejście było nieporządne, wszędzie latały chmary much. Jego żona, Rocha, była to stara jędza bez jednego oka, której nikt nie lubił. Ona również nie lubiła ludzi i często pluła z obrzydzeniem na ich widok. Rubinowiczowie mieli dwoje dzieci: Fejgę (rocznik 1922) i Tolusa (rocznik 1925). Z Konką mieszkała jego siostra, Ryfka, i jej mąż, Szmulkie, który był kimś w rodzaju rabina [zapewne chodzi o to, że był ortodoksyjnym Żydem]. Szmulkie zajmował się handlem – skupował od ludzi kury, jajka, sierść, pakuły, zboże, ryby i tak dalej i wiózł do Sejn, gdzie komuś to sprzedawał. Często przywoził stamtąd śledzie, które kupowaliśmy po 10 groszy za sztukę. Szmulkie i jego żona nie mieli dzieci.

Drugą żydowską rodziną w Dusznicy była rodzina kowala Chmielewskiego, który miał trzech synów o imionach Zyska, Rufke i Berko, oraz córkę Fajgę. Z Berkiem, który był z tego samego rocznika co ja, chodziłam do szkoły – na początku szkoła mieściła się w starym domu Dabulisów – i przyjaźniłam się z nim. Grałam z nim nawet w przedstawieniu bożonarodzeniowym w szkole – nie miało dla nikogo znaczenia, że Berko jest Żydem – i pamiętam, że grał rolę Króla.

W którymś momencie pan Redak wydzierżawił część ziemi Dusznickiemu, piekarzowi z Sejn[8]. Była to ziemia za rzeczką, aż do lasu stanowiącego granicę między majątkami Dusznica i Krasnogruda. Dusznicki siał tam łubin i często najmowałyśmy się do zbiorów. Potem gdzieś go wywoził, nie wiem dokąd. Dusznicki, niewysoki, tęgi, gładko ogolony mężczyzna, to był bardzo elegancki pan. Miał piekarnię na rogu Łoździejskiej w Sejnach, gdzie sprzedawano pyszne bułeczki. Naprzeciwko niej stał dom też Dusznickiego [brata Mordechaja].

W którymś momencie pan Redak i Konka Rubinowicz zawarli jakąś umowę, w wyniku której ziemię, która obecnie należy do Pietruszkiewicza, zaczął uprawiać właśnie Konka[9].

Jezioro Hołny dzierżawił Żyd z Sejn, Zelig, starszy już człowiek. Pamiętam, jak jego syn przywoził narybek w drewnianych skrzyniach – karpie, węgorze. Węgorzy wcześniej w Hołnach nie było, dopiero oni zapuścili. Okoliczni ludzie pracowali tam jako rybacy, a mój wuj, Kądzielewski Jan, był za przewodnika. Pod jesień, na północnym krańcu jeziora, łowili masy szczupaków. Odławiano też raki. Zimą łowili niewodami zimowymi. Pracowało tam dwóch przystojnych robotników spod Grodna, Michał (Litwin) i Mieciek (Polak).

Pod jesień, kiedy kopaliśmy kartofle, był to czas święta kuczek (Sukkot), a ponieważ w czasie tego święta, żeby się modlić, potrzeba co najmniej dziesięciu mężczyzn, Redakowie zwykle jechali do Sejn modlić się u Dusznickiego, u którego była bożnica.

Kiedy przyszli Niemcy, wypędzili Żydów z Suwałk, Sejn i całej okolicy nad granicę litewską. Litwini nie chcieli ich jednak wpuścić. Trwało kilka tygodni - a był październik - zanim Żydzi przemycili się na drugą stronę (Litwa pozostała faktycznie niepodległa do połowy 1940 roku) przy pomocy młodzieży żydowskiej z okolicznych wiosek po litewskiej stronie. Żydzi z Łoździej założyli w tym celu specjalny komitet. Po drodze z Dusznicy do Łoździej stała stodoła niejakiego Dworskiego i to był właśnie punkt przerzutowy. Za każdego przeszmuglowanego Żyda komitet płacił 100 litów, co było sporą sumą.


Między Dusznicą i Łoździejami.


Wszyscy Żydzi z Dusznicy przeszmuglowali się w ten sposób na Litwę, do Łoździej. Wuj mojego dziadka osobiście przeniósł garbatego Enaka w worku na plecach[10].

W czasie tych kilku miesięcy, kiedy Litwa pozostała niezależna (przed zajęciem jej przez Rosjan w lecie 1940, a następnie inwazją niemiecką w czerwcu 1941), chodziliśmy często w gości do Łoździej do naszych znajomych z Dusznicy – młodych Rubinowiczów i Chmielewskich, którzy mieszkali u krewnych. Najważniejsze jest to, że Redaków tam nigdzie nie było i było dla nas jasne, że pojechali gdzieś dalej, w głąb Rosji albo gdzie indziej. Byli silni, zdrowi, no i mieli pieniądze. Jestem przekonana, że nie było ich w Łoździejach, kiedy zaczął się Holocaust.


Łoździeje, ulica Sejneńska.


Wszyscy Żydzi z Łoździej i okolicy, w tym także ci przemyceni z Polski, zostali zamordowani w wiosce Katkiszki na przedmieściach Łoździej. Zebrano ich na dużym placu otoczonym drutem kolczastym i kazano wykopać długie głębokie doły, które wypełniono wapnem. Potem wszystkich zastrzelili. Tak się złożyło, że byłam tam tego dnia i wszystko widziałam, ale było to zbyt straszne i uciekłam stamtąd. Jedną z ofiar była Fajga Chmielewska, która ożeniła się w Łoździejach i właśnie urodziła dziecko. Niemcy specjalnie przywieźli niemowlę ze szpitala, żeby zamordować je razem z matką. Jeszcze przez wiele godzin wapno w dołach poruszało się, a przez wiele dni ziemia wokoło była nasiąknięta krwią.




W czasie wojny majątek Dusznica objął młody rolnik z Poluńc, Niemiec imieniem Oskar. Był to porządny człowiek i nawet się z nim zaprzyjaźniliśmy. Pod koniec wojny został wcielony do armii i wysłany na front wschodni. Przeżył jednak i po wojnie dowiedzieliśmy się od znajomego, że Oskar jest w Niemczech i pyta, czy żyjemy.

W roku 1946 majątek Dusznica został rozparcelowany pomiędzy dawnych robotników folwarcznych i sąsiednich gospodarzy. Tylko Plitnik, rządca, nie dostał działki – miał pieniądze i kupił sobie gospodarstwo w Bubelach.

Dwór i pozostałe budynki przetrwały wojnę. Dom spłonął w połowie lat pięćdziesiątych, a budynki gospodarcze zostały rozebrane w latach sześćdziesiątych z przeznaczeniem na materiał budowlany.


Rodzina Redaków, lata 30-te. Abel Redak z prawej.

12:46, marslaur
Link Komentarze (3) »
niedziela, 02 września 2007
Garść ujęć z wczorajszej wyprawy: Augustów - Lipsk - Dąbrowa Białostocka - Jaczno - Nowy Dwór - Sieruciowce - Chorużowce - Siółko- Kurianka - Augustów.

A handful of images from yesterday's trip: Augustów - Lipsk - Dąbrowa Białostocka - Jaczno - Nowy Dwór - Sieruciowce - Chorużowce - Siółko- Kurianka - Augustów.

Jedziemy z Pedro Czackisem z Buenos Aires, który poszukuje swoich korzeni.
We go with Pedro Czackis from Buenos Aires, who is searching for his family roots.

Oto nasz trop, notatka uczyniona przez matkę Pedra, Leję Piwowarską z domu Redak/Here's our hint, a note made by Pedro's mother, Leja Piwowarska nee Redak:


Kraina zaiste zdumiewająca - tu czas się zatrzymał! W porównaniu z nią nasze okolice to awangarda nowoczesności - tam pachnie jeszcze XIX wiekiem...

A genuinely amazing country - as if frozen in time! Compared with it, our area is like the avantgarde of modernity - there, it still smells of the 19th century!

Najbardziej klimatyczne miejsce to Nowy Dwór - malutkie miasteczko położone zaledwie kilkanaście kilometrów od Grodna, które pozostaje głównym punktem odniesienia dla mieszkańców mimo, iż od blisku 70 lat leży za granicą!

The most atmospheric place is Nowy Dwór - a tiny town located just a dozen kilometres from Grodno, which remains the central reference point for the residents, despite the fact that it has been abroad for almost 70 years!

Panuje tutaj nastrój iście kresowy - melancholijny spokój, poczucie bycia na "końcu świata", śpiewna mowa autochtonów, specyficzna architektura (szczególnie model domu mieszkalnego połączonego z chlewem/oborą), współobecność kościoła i cerkwi...

The mood here is truly that of the 'borderland' - melancholic quietness, the sense of being 'at the end of the world', the locals' melodic accent, the characteristic architecture (especially the model of the house connected with the pigsty/cowshed), the coexistence of the Catholic and Orthodox churches...

Na drodze Augustów-Lipsk/On the Augustów-Lipsk road:


Kościół w Różanymstoku widoczny z oddali/The church in Różanystok visible from afar:


A naprzeciwko cerkiew w Jacznie/And vis-a-vis the Orthodox church in Jaczno:



Nowy Dwór:













"Czy mogę pani zrobić zdjęcie?"/'Can I take a photo of you?'





"Spod Sejn? Nie znam, bo ja nigdy nigdzie z Nowego Dworu nie wyjeżdżałam."/'From near Sejny? I wouldn't know because I've never left Nowy Dwór in my life.'




G. Rąkowski, Polska egzotyczna, s. 168:

W XIX w. ludność Nowego Dworu szybko się powiększała, przede wszystkim na skutek wzrostu liczby Żydów. W 1886 r. miasteczko miało 1452 mieszkańców, w tym 897 Żydów. Były tu wówczas 202 domy, kościół, cerkiew i dwie bożnice. Nowy Dwór nie rozwinął się jednak w duże miasto, był zawsze ośrodkiem lokalnym. Mieszkańcy trudnili się głównie rolnictwem, dopiero w drugiej kolejności handlem i rzemiosłem. Do rozwoju miasteczka nie przyczyniła się nawet budowa linii kolejowej z Grodna do Augustowa - choć tory przebiegły tuż obok miejscowości, stację kolejową zlokalizowano w odległości kilku kilometrów. Przed I wojną światową i w okresie międzywojennym Nowy Dwór słynął jedynie z targów na konie i bydło.

W 1921 roku miejscowość liczyła 237 domów i 1222 mieszkańców, mimo to w 1934 roku utraciła prawa miejskie. Podczas okupacji Niemcy wysiedlili całą ludność żydowską do getta w Suchowoli, pozostawiając na miejscu tylko 100 mężczyzn. Przez ponad rok więziono ich w prowizorycznym obozie pracy, w drewnianym budynku synagogi na rynku. Jesienią 1942 r. popędzono więźniów pieszo do Grodna razem z Żydami z getta w Suchowoli.


11:31, marslaur
Link Komentarze (1) »
sobota, 01 września 2007





Jurgis Skripka (Jerzy Skrypko) zmarł w tym roku w wieku 96 lat.
07:22, marslaur
Link Dodaj komentarz »